— Ja to jakoś przeżyję — odrzekł Jerzy ponuro.

— A czemu pan zaglądał aż na dach? I czemu pan wołał tak ślicznie: „Ewuniu”?

„Kobiety są strasznym wynalazkiem!”, jęknął Jerzy w głębi duszy.

— Widać, że i pan jest zmartwiony — mówiła panienka z takim uśmiechem, że zdawało się, iż złoty promyczek spływa z prześlicznych jej oczu. — Ale niech się pan nie martwi! Ja jestem upoważniona do rozmów na temat wieczystego pokoju... Czy pan złoży na moje ręce przyrzeczenie, że pan nie pociągnie Ewci do odpowiedzialności za krawat, za koszulę...

Zawahała się na chwilę, jak gdyby zapomniała roli, lecz gdy następne słowa podszepnął jej niewidzialny sufler, dodała szybko:

— Aha! Za pończochy i rękawiczki? Czy pan przyrzeka?

Jerzy zaśmiał się głośno.

— Niech pani powie temu potworowi, co tam siedzi za murem i zapewne ciągnie panią w tej chwili za nogę, że na razie ujdzie z życiem, do następnej awantury oczywiście. Aha! I niech jej pani powie, że zawdzięcza to jedynie pani. Ewciu, słyszysz?

Na murze ukazały się dwie ręce, a za chwilę ponad nim zadarty nosek, wreszcie z małpią zręcznością wygramoliła się cała osoba — po lewej stronie oblicza jeszcze zatrwożona, po prawej już uśmiechnięta.

— Panno Basiu! — zawołała. — Pani jest aniołem! A ty, szatanie, łap mnie, bo skaczę!