Jerzy nie miał czasu wyciągnąć ramion, a Ewcia już skoczyła. Wprawdzie chwycił ją w locie, lecz pocisk był tak ciężki i z takim cisnął się rozmachem, że najpierw na trawę wykopyrtnął się Jerzy, a na niego i potem przez niego przekopyrtnęła się Ewcia.
— Widziała pani? — zawołał, podnosząc się z ziemi. — Tak się z nią zaczyna wieczysty pokój.
Ewcia zaś już tłumaczyła pani Zawidzkiej, dlaczego tak rozrzutnie wystroiła Rogalika. Jerzy zbliżył się i słuchał.
— Proszę pani! Jerzy powiada do mnie najpierw, aby Rogalikowi dać ubranie. A potem to się zamyślił i dodał: „Zróbmy tak, żeby wyglądał jak arcyksiążę!”. O, jesteś Jureczku! Zaprzecz, że tak powiedziałeś.
— Powiedziałem. I cóż z tego?
— Jak to, „cóż z tego”? Czy arcyksiążę może mieć ubrane i nie mieć koszuli? Czy może chodzić bez krawata? Zrozumiałam, że pragniesz naprawdę go jako tako odziać. Jednego mi tylko żal. Tego mianowicie, że mu nie dałam butów, a miałam w rękach.
— Buty sobie kupi — odrzekł Jerzy zjadliwie. — Znalazł przecież w kamizelce trzydzieści jeden złotych.
— Och! — jęknęła Ewcia. — Skąd o tym wiesz?
— Rogalik jest honorowym człowiekiem. Przyszedł je zwrócić.
Na twarzy Ewci ukazało się nagłe przerażenie.