— To na nic — odrzekła uszczęśliwiona dziewczyna — bo wyszłam oknem i wrócę przez okno, ale dopiero przed samym powrotem ojca.

— Zresztą — mówiła, śmiejąc się, pani Zawidzka — musiałaby i od nas uciekać przez okno, bo my jej nie wypuścimy.

— Siedem miast walczy o moją osobę113! — zawołała Ewcia radośnie. — Panie Szymbart! Czy wie pan, dokąd ja idę dzisiaj po obiedzie? Niech się pan trzyma mocno krzesła, bo pan zleci. Do pana Mudrowicza!

— Ha! — rzekł ów zdziwiony. — Czy mam stanąć na straży?

Ewcia poszła do pana Mudrowicza bez zbrojnej asysty, niosła natomiast kilka róż z ogródka pani Zawidzkiej, która szepnęła jej przy pożegnaniu:

— Ewciu, pamiętasz?

— Oczywiście! Niech Jurek przygotuje mowę.

Już z ulicy zauważyła Ewcia, że okna w mieszkaniu pana Mudrowicza są szeroko otwarte, czyli że do posępnej twierdzy obojętnego na wszystko smutku mógł wpłynąć świeży powiew. Ba! Z podstawy tych okien tryskały płomienie — czerwone pelargonie.

„Jeżeli jeszcze ten wilkołak Paweł”, pomyślała Ewcia „będzie miał kwiat w butonierce, nastąpi koniec świata”.

Człowiek widno nie przystroił się jednak kwiatem, lecz — co było dziwniejsze — usiłował z niebieskiej porcelany swoich oczu wykrzesać przyjemny błysk na widok dziewczyny. Wprawdzie z równym powodzeniem mogłaby krowa morska zaśpiewać neapolitańską piosenkę, Ewcia jednak doceniła w lot dobre chęci tego żałobnika, który — zdawało się — nosił w sobie wszystkie bóle, cierpienia i zmartwienia Starego Miasta.