— Jak się miewamy, panie Pawle? — rzekła Ewcia przyjaźnie. — Pan jest?

— A gdzieżby się podział? — odpowiedział ten żywy karawan i tak był głęboko przekonany, że udało mu się zrobić niesłychany dowcip, że z zachwytu zamknął oczy.

Ewcia weszła śmiało i z odrobiną hałasu do znanego jej pokoju, lecz przystanęła w drzwiach i zawołała:

— Panie Boże Wszechmogący!

Nie: „Boże!” ani nie: „Ach Boże!” — bo taki wykrzyknik, choć nabożny, byłby zbyt chudy na widok rewolucyjnych zmian, poczynionych tu w przeciągu tygodnia. Przez pokój ten musiał przejść Herkules114 i dokonać w nim swojej trzynastej pracy. Musiał tędy przewiać tajfun, co wymiótł zakurzoną stęchliznę. Smutna pieczara smoka zmieniona została w przybytek wcale radosny — na ścianach wisiały wspaniałe obrazy Zawidzkiego. Ceratowa kanapa została wyniesiona i zapewne spalona nad brzegiem Wisły. Na miejscu rozkraczonego i zarzuconego szpargałami stołu pyszniło się biurko, na którym w srebrnych ramkach stały dwie fotografie i wazon z kwiatami. Podłoga pokryta była wzorzystym dywanem, zniknęły stare krzesła, nawet sympatyczny piec został dokładnie wymyty jak kominiarz w okresie Wielkanocy. Ewcia nie wierzyła własnym, w tej chwili bardzo szeroko otwartym oczom.

W tym pokoju nie było nikogo, lecz drzwi do sąsiedniego były uchylone. Ewcia czuła, że stoi za nimi pan Mudrowicz, i wiedziała z całkowitą pewnością, że nie śmie wyjść na jej powitanie, sam zapewne zatrwożony swoją rolą króla Odnowiciela115. Jest z pewnością przejęty, a może nawet odrobinę szczęśliwy. Ewcia zaś była naprawdę wzruszona. Przecież ten stary, smutny człowiek uwierzył jej słowom zielonym, niedowarzonym, lecz mającym kształt serca.

— Proszę pana, proszę pana! — zawołała gorąco.

Pan Mudrowicz wyszedł zza drzwi — nieśmiały i jakby zawstydzony. Ją coś pchnęło, bo, nie namyślając się, rzuciła się w jego objęcia.

A on mówił cichym, głębokim głosem:

— A co, Ewciu, a co? Tak, jak mówiłaś... Witam cię, drogie dziecko...