Pytanie było uzasadnione, bo Ewcia nagle aż usiadła nowym fotelu i patrzyła na niego jak na zamorskie dziwo. Pan Mudrowicz czy nie pan Mudrowicz? W ciemnogranatowym odzieniu, niemal wytworny, krawat w złote prążki. Ogolony chyba najostrzejszą brzytwą świata. Wysoki, prosto się trzymający pan Mudrowicz był imponujący. Nowej twarzy kupić wprawdzie nie mógł, lecz na tej dawnej, starej i brzydkiej, zjawiły się przebłyski radosnego zakłopotania. Uśmiechnął się wstydliwym uśmiechem i rzekł:
— Kapelusz też mam nowy...
— Nie może być!
— I laskę...
— Nie może być!
Pan Mudrowicz przykrył oczy powiekami i dodał bardzo cicho:
— Zdaje mi się też, że i duszę mam jak gdyby nową...
— A nie mówiłam? Tylko się ogolić!
Usłyszawszy to, zaśmiał się głośno były pan Mudrowicz, a Ewcia za nim.
— Widzisz, Ewuniu — mówił — rozmyślałem długo nad wszystkim... Nad tym, co było i co jest... To ty, dziecko, pokazałaś mi światełko... Jedną iskierkę... Ale to wystarczyło. Zacząłem się zastanawiać, czy warto unikać słońca i ludzi. Gnuśnieć, obrastać mchem, oddychać stęchlizną, rozdrapywać rany... Ty nie znasz mego życia — Ewcia przybladła. — Wiedz o tym jedynie, że było ono bardzo, bardzo smutne... Doszedłem do przekonania, że pławienie się w czarnej wodzie smutku jest sprawą nierozumną. Nie powiem ci od razu wszystkiego, co mi przyszło na myśl. Wiele, wiele rzeczy! Kiedyś może się dowiesz... Te wszystkie nowe graty i te kwiatki, i ten mój strój to drobiazg. To tylko teatr... Wiesz ty jednak, Ewuniu, czego ci się udało dokonać? Udało ci się poruszyć we mnie coś...