Głos mu zadrżał i pan Mudrowicz przesunął ręką po czole.

— Po co ja żyłem na tym świecie? — Mówił gwałtownie, z nagle obudzoną namiętnością i jakby z żalem. — Byłaś tu przed tygodniem, a ja przez siedem nocy rozmyślałem nad tym: co ja czyniłem przez tyle, tyle lat? Mówię o tym do ciebie, choć jesteś maleńka, choć masz dopiero szesnaście lat. Ale to przecież wszystko jedno! Zanim ty przemówiłaś do mnie, nie robił tego nikt. Ja byłem zły czy oschły, czy jaki tam! Dlaczegóż ktokolwiek miał być inny wobec mnie? Może mi się uda teraz przekonać chociażby ciebie tylko, mała dziewczynko, że na coś się przydam jeszcze... Uwierzyłem ja tobie, teraz ty uwierz mnie...

— O, jak panu serdecznie wierzę!

— To dobrze, to dobrze... Nie mówmy już o tym... Stało się! Przenicowałaś mnie na stare lata... Może jednak wiedział Pan Bóg, co robi, że przysłał do mnie takiego złotego pędraka... Nie wysłuchałbym zapewne pierwszego nawet słowa, gdyby ktoś inny przyszedł mnie gromić i nawracać. A z tobą, mała dziewczynko... Ale naprawdę nie mówmy już o tym! Powiedz mi, co ty robiłaś i co się z tobą działo?

Pan Mudrowicz, były odludek, mało — widać — znał kobiety, skoro tak nieopatrznym pytaniem odkręcił kurek wodociągu.

Ewcia, zaprawiona w długodystansowym gadaniu, przeszła samą siebie. Jak Wojski, zaczerpnąwszy oddechu, zainaugurowała opowieść siedmiu dni, zacząwszy ją od owego wspaniałego, pokropionego winem wieczoru, podczas którego troje istot ponad miarę szczęśliwych wzniosło zdrowie pana Mudrowicza.

— Doskonałym winem! — terkotała Ewcia. — Musiał pan mieć czkawkę... A pani Zawidzka miała łzy w oczach. Czy pan wie, że ile razy wspomni ktoś u nas pańskie nazwisko, to wszystkim oczy się śmieją? My pana uwielbiamy, słyszy pan? Uwielbiamy! A ja panu przysięgam, że pani Zawidzka codziennie modli się za pana.

Pan Mudrowicz słuchał w oszołomieniu. Chciał coś rzec, lecz roztrajkotana Ewa nie raczyła go dopuścić do słowa, wobec czego dowiedział się o portrecie i o wybitej szybie, o biednej Zosi Szymbartównie, o ślicznej pannie Basi i o Rogaliku, o stu rzeczach i jeszcze jednej. Każde słowo Ewci było maleńkim lusterkiem, co odbiwszy w sobie promień słoneczny, rzucało nagły błysk na twarz pana Mudrowicza. Z jego brzydkiego oblicza można było odczytać bardzo bystrymi oczami, że temu człowiekowi jest w tej chwili dobrze, że, jeszcze nieśmiało, cieszy się, lecz coraz bardziej oswaja się z niespodziewanym szczęściem; że dziecinnej, śmiesznej i wesołej, i smutnej opowieści dziewczyny słucha zachłannie jak wielkiej nowiny. A ona ani myślała kończyć swoją opętaną gadaninę. W ten sposób dowiedział się stary samotnik — który dotąd jedynie wieczorami wychodził z domu i uciekał przed każdym spotkaniem — o wszystkim, co się działo o dwa kroki, za najeżonym murem jego samotności, wśród dobrych ludzi. Oni chcą być dobrzy nawet dla niego, nawet dla niego...

Ponieważ najbardziej wygadanej damie potrzebna jest chwila odpoczynku, przeto i Ewcia zatrzymała się w potężnym pędzie wymowy, którym można by przez miesiąc poruszać niewielki młyn lub elektrownię. Skorzystał z tego pan Mudrowicz, zabrał glos i rzekł:

— Czym ja się tobie, dziewczyno, odwdzięczę?