— Dzisiaj będzie Paweł jadł sam kwaśne mleko z kartoflami. Pan nie będzie jadł w domu.
— Dlaczego? — zdziwił się pan Mudrowicz, wobec czego Paweł nie powtórzył tego pytania, lecz zdziwił się też na rachunek własny.
Ewcia uśmiechnęła się najpierw do patrona, następnie do jego famulusa i rzekła wesoło:
— Jeden Pan Bóg wie, gdzie my dzisiaj będziemy jedli. Idziemy? Zaraz, zaraz...
Wyjęła z wiązki jedną różę i wspiąwszy się na palcach, włożyła ją w klapę ubrania pana Mudrowicza. Widok ten tak oczarował Pawła, że oparł się w zdumieniu o piec. Nie uczynił tego pan Mudrowicz jedynie dlatego, że starym zwyczajem w pokoju był jeden tylko piec. Bąknął ledwo:
— Ależ, Ewuniu!
Ona jednak, nie zwracając na nic uwagi, wetknęła swoją rękę pod jego ramię i mrugnąwszy wesoło w stronę nieruchomego jeszcze Pawła, wywiodła, lekko opierającego się, starego swego przyjaciela „z ziemi egipskiej, z domu niewoli”116.
Mogłoby się wydawać, że pan Mudrowicz szedł jak ma ścięcie. Gdyby był damą, zapewne powtórzyłby: „I chciałabym, i boję się”. Ewcia czuła wyraźnie, że dla tego nieszczęśnika, który żył jak puchacz w swojej mrocznej dziupli i bał się dziennego światła, wyprawa ta w biały dzień jest udręką. Zaczęła gadać niezmordowanie o wszystkim i o niczym, byle tylko odwrócić jego uwagę od śmiałego czynu. Widziała kącikiem oka, jak pan Mudrowicz patrzy dokoła spode łba, jak gdyby badał, czy ktoś się na jego widok nie wzdrygnie. Przechodnie jednak mijali tę dziwną parę obojętnie.
„Widać, że na świecie jest pokaźna liczba brzydkich ludzi” — pomyślał pan Mudrowicz i zaczął stąpać raźniej.
— Pojęcia pan nie ma, jaki pan jest elegancki! — szepnęła Ewcia.