Stary dziwak wyraźnie się zarumienił.
— Tylko niech pan nie stawia takich potężnych kroków, bo ja będę musiała biec. Proszę pana! Idziemy naprawdę na lody, czy to było tylko takie lodowate gadanie?
— Idziemy, oczywiście, że idziemy — odrzekł on szybko. — Tylko dokąd? Nie chciałbym...
Ewcia spojrzała na niego spod oka. Wiedziała, czego by nie chciał: wielkiej cukierni i tłocznej, ludzkiej ciżby.
— Ja znam — mówiła Ewcia — taką świetną mleczarenkę, w której zjadłam niedawno cztery bułki, a mój pies siedem. Jureczek Zawidzki mnie tam zaprowadził, kiedy mnie schwytał na ulicy. Tam muszą być też i lody!
W mleczarence istotnie były lody, natomiast całe szczęście, że tym razem nie było psa, gdyżby ich zabrakło. Okazało się natomiast, że nawet wyborne lody „w trzech smakach”, z których jeden niczym nie różnił się od drugiego, a drugi od trzeciego (chyba barwą), nie zdołały zamrozić ognistej wymowy Ewci. Dziewczyna była szczęśliwa, ale i ten siwy, sterany, brzydki człowiek promieniał na swój sposób. Dwa razy zaśmiał się głośno, a trzy razy cicho. Patrzył na Ewcię z takim gorącym rozrzewnieniem, że lody topniały. Siedzieli w ciemnym kąciku, lecz tam było w tej chwili najjaśniej.
Nagle Ewcia chwyciła pana Mudrowicza za rękę.
— Oj, bo skonam! — szepnęła.
I nieznacznie pokazała panu Mudrowiczowi ruchem głowy świetnego młodziana, który z pięknym ukłonem poprosił o szklankę czystej wody sodowej.
— To Rogalik! — szepnęła Ewcia. — Pamięta pan, co panu opowiadałam? To ten kochany biedaczyna, syn szewca, co chce zostać malarzem. Prawda, jaki śliczny wycyganiłam dla niego krawat? Ależ szaleje, nieboraczek! Musiał się długo namyślać, nim się odważył na tę wodę sodową za dziesięć groszy...