— Ewuniu! — również szeptem mówił szybko pan Mudrowicz. — Zaproś go na lody.
— Naprawdę?
Miły Rogalik byłby wypuścił szklankę z ręki, gdyby nie straszliwa moc jego ducha. Stanął cały w płomieniach, jak stóg siana podczas pożaru, i wciąż się kłaniał.
— To jest — mówiła Ewcia ze wzruszoną powagą — pan Rogalik, malarz, a to... To jest najukochańszy wujaszek.
Dwaj wspaniale wytworni panowie skłonili się sobie i — o dziwo! — uśmiechnęli się wzajemnie. Ewcia zaś wołała o największe lody, jakie ludzkość widziała kiedykolwiek.
Rogalik, na skrzydłach wichru niespodziewanie wyniesiony aż pod sam pułap siódmego nieba, nawet nie zauważył, że Ewcia do rodzonego i najukochańszego wuja mówi wciąż: „proszę pana” — bo najpierw zajął się niebiańskim smakołykiem „o trzech smakach”, a następnie począł się pilne wpatrywać w twarz pana Mudrowicza. Stary człowiek poczuł niepokój, a Ewci zrobiło się przykro.
Nagle wniebowzięty Rogalik rzekł gorąco:
— Och, jakżebym ja chętnie pana namalował, gdybym umiał!
— Czemuż to? — zapytał sucho stary człowiek.
— Bo pan ma tak wspaniale wyrazistą twarz! Strasznie wyrazistą! Bardzo męską... A oczy niebywale przenikliwe!