„Niech ci Bóg da zdrowie, Rogaliku!”, pomyślała Ewcia, głęboko odetchnąwszy.

A pan Mudrowicz wpił się spojrzeniem w jasną, szczerą, cudownie chłopięcą, otwartą twarz młodzieńca i długo patrzył. Ale nie znalazł w niej zdrady.

— Dobrze! — rzekł cicho. — Pogadamy o tym. A czy pan ma jakieś swoje obrazy?

— Mam, oczywiście! — zdumiał się Rogalik.

— W takim razie niech je pan przyniesie... Rad je zobaczę... Mam już dwa obrazy Zawidzkiego...

— W takim razie ma pan dwa arcydzieła! — wykrzyknął malarzyna. — Gdzie mnie do Zawidzkiego!

„Chłopcze drogi”, pomyślała Ewcia.

Musiało i panu Mudrowiczowi podobać się pokorne oświadczenie Rogalika, bo spojrzał na niego życzliwie.

— Przyniesie pan obrazy! — rzekł z uśmiechem. — Ewcia powie panu dokąd. Ewuniu, czemu patrzysz na zegarek?

— Bo na mnie już czas...