— Istotnie! Tak chytrej kobiety, jak ty, dotąd jeszcze nie widziano. Czy nie zwolnisz mnie z przysięgi?

— Nigdy! — zawołała Ewcia.

— I to jest wdzięczność za lody! — zaśmiał się pan Mudrowicz niepewnie.

— A czy pan wie, co u nas dzisiaj będzie na kolację? — rzekła Ewcia z dumą.

Pan Mudrowicz nie słyszał jednak tej zachęty, bo się sam ze sobą mocował.

— Chodźmy! — rzekł cicho. — Jestem przekonany, że mnie kiedyś zaprowadzisz do piekła.

— Mnie nawet w piekle nie przyjmą! — krzyknęła Ewcia, straszliwie szczęśliwa.

Rozdział jedenasty, w którym jeden malarz został pogorzelcem, a drugi z wielkiego szczęścia omal nie postradał rozumu

Pan Mikołaj Zawiłowski, wielki przemysłowiec, przybył do Warszawy w celu leczenia żony, której groziła utrata wzroku. Powierzono ją opiece najznakomitszych specjalistów, lecz leczenie miało trwać długo i nieprzerwanie. Dlatego pan Zawiłowski kupił willę obok Zawidzkich, spokojną i zaciszną, dokąd sprowadził meble z prowincji. On z córką zajmował parter, pani Zawiłowska zaś przebywała stale w zaciemnionych pokojach na pierwszym piętrze. Panna Basia, anioł opiekuńczy uwielbianej matki, nie odstępowała jej prawie nigdy i z największym trudem udało się czasem ojcu namówić ją na wyjście do miasta — całą jej przeto radością był niewielki ogródek przy willi. Radość ta, dotąd smutna, powiększyła się wspaniale po poznaniu Ewci. Wprawdzie panna Zawiłowska miała już lat dwadzieścia dwa, lecz, pozbawiona towarzystwa, całym sercem przylgnęła do tej uroczej dziewczyny, ponad wszelki podziw inteligentnej i bystrej, wesołej i pełnej prześlicznej pogody. Pannę Basię wzruszyło głębokie współczucie Ewci, kiedy ta usłyszała o nieszczęściu pani Zawiłowskiej. Dziewczyna, czuła na wszelką niedolę, miała łzy w oczach. Ich widok wystarczył, by panna Basia zamieniła się na serca z Ewcią, która — jako że z lekarskiej pochodziła rodziny — zaczęła wymownie i gorąco przekonywać starszą przyjaciółkę, że jej matka odzyska wzrok. Przyjaźń, pokropiona serdecznymi łzami jak kwiat srebrną rosą, rosła też jak kwiat. Wesoła awantura z wybiciem szyby i ciche porozumienie podczas ucieczki Ewci przed Jerzym przez „mur graniczny” były zabawnym wstępem do gorącego przywiązania. Radosna z usposobienia Basia, na którą gęstym cieniem padł smutek, sączący się z zaciemnionych pokojów matki, zaczęła w każdej wolnej chwili wypatrywać tego wesołego bąka z zadartym nosem, który zawsze na wszystko miał czas, zawsze był gotów do najwymyślniejszych awantur i wiódł srogie boje ze znakomitym malarzem.

— Nie masz pojęcia, najdroższa Barbaro117, patronko górników i ciężkiej artylerii — mówiła Ewcia, która już po tygodniu była z Basią po imieniu — jak ja strasznie kocham tego dryblasa. Na świecie nie ma chyba bardziej dobrego chłopca.