Panna Barbara znała dobrze ostatnie rozdziały bujnej historii Ewci, która zdołała w krótkim czasie wytrajkotać — wedle słynnego schematu siedmiu pytań rzymskich: „Kto? Co? Gdzie? Kiedy? Jak? Dlaczego? Z czyją pomocą?”118 — o wszystkim, co było, co jest i co będzie. Basia znała i nazwiska, i złączone z nimi opowieści. „Nic co Ewci nie było jej obce”. I pan Zawiłowski znał Ewcię, i pani Zawiłowska, niezmiernie radzi, że ich córka, zmuszona do przebywania podczas upalnego lata w Warszawie, znalazła duszyczkę tak przyjazną i tak uroczą. „Urocza duszyczka”, znająca sto siedem sposobów zdobywania ludzkich serc, złowiła ojca Basi w swoją sieć jak ogromną rybę, przypominającą opasłego i wąsatego suma. Sum gadał wprawdzie ciężkim, armatnim basem, co nie jest zwyczajem ryb, lecz czynił to bardzo rzadko, zawsze nad czymś frasobliwie zamyślony. Bardzo pracowity człowiek, skazany na długotrwałą bezczynność, nie wiedział, co ze sobą począć; dlatego z radosną ulgą odkładał książkę czy gazetę i przysłuchiwał się nieco oszalałej rozmowie swojej córki z Ewcią, która czasem zwracała się do czcigodnego sąsiada z należytą powagą, zapytując chytrze o jego fabrykę i o stosunki w przemyśle ciężkim. Pan Zawiłowski serdecznie uradowany, że może dosiąść swojego rumaka, rozpędzał się jak wielkie koło dynamomaszyny119 i wspaniałym basem gadał wspaniale, i sypał cyframi jak drobnym makiem, nie bacząc, że uprzejmą Ewcię tyle to właśnie obchodziło, co teoria względności lub najgłębsze tajemnice chemii. Po każdej jednak takiej rozmowie mówił do swej córki:
— To nadzwyczajna dziewczyna! Nadzwyczajna!
Tego samego zdania, chociaż z innych powodów, była i biedna pani Zawiłowska. Ewcia odwiedziła ją raz jeden tylko w jej ciemnym pokoju. Bystre i widzące ręce pani Zawiłowskiej, które dotknęły twarzy dziewczyny, ujrzały tyle, ile by mogły zobaczyć oczy. Z tym cudownym uśmiechem, jakim uśmiechają się ludzie bardzo cierpiący, słuchała matka Basi szczebiotania jej małej przyjaciółki, „przyjaciółki całego świata” — jakby ją był nazwał Kipling120. Gdy Ewcia po długim pobycie w ciemnym pokoju wyszła, pani Zawiłowska rzekła do córki:
— Pragnęłabym jak najczęściej rozmawiać z tą dziewczyną, ale, niestety, nie będzie to możliwe.
— Czemu, mamusiu? — zapytała zdumiona Basia.
— Bo ja muszę przebywać w ciemnym pokoju, a kiedy ona tu była, miałam wrażenie, że jest w nim jasno.
Gdyby jak Indianin skalpy Ewcia nawlekała na sznurek zdobyte serca, byłby to różaniec pokaźnej długości. Pierwszorzędnym okazem, godnym złotego medalu, byłoby serce Rogalika, który patrzył na Ewcię jak w tęczę, chociaż ludzie pozbawieni poetyckiej wyobraźni mogliby rzec ponuro, płasko i bezbarwnie, że patrzy na nią urzeczony jak cielę na malowane wrota. Z drugiej strony przesadą jadowitą było narysowane twierdzenie Jerzego, że Rogalik „leży Ewci na sercu”; nie można było zaprzeczyć jednakże, że na widok młodego, przystojnego, wytwornego i wciąż kłaniającego się młodziana serce Ewci przypominało rzecz zgoła nieprawdopodobną — jajko na miękko. Jakoś dziwnie miękko bowiem robiło się jej w tym organie, który toczy odwieczną walkę z bystrym rozumem i nigdy nie chce być z nim w zgodzie. Serce jest to istota niezwykle zarozumiała i dlatego przekonana, że posiada własne siedlisko rozumu i własną radiostację. Tym tylko można wytłumaczyć, że największy filozof, mądry jak siedmiu ogoniastych szatanów, w niezmiernym swoim rozumie gardzący miłością, zakocha się często jak uczniak; albowiem serce jego powiedziało: „Gadaj zdrów, filozofie, a ja wiem, po co mnie Pan Bóg stworzył!”.
Miły Rogalik zjawił się z kilkoma obrazkami pod pachą i nie wchodząc do domu, odbył z Ewcią walną naradę w ogródku. Dziewczyna patrzyła na obrazki, a Rogalik patrzył na nią, wskutek czego Ewcia nie mogła spokojnie patrzeć na obrazki i czasem spod oka patrzyła na to, jak Rogalik patrzy na nią, wskutek czego patrzenie to zostało dziwacznie zmącone, na co z niezmiernym podziwem z okienka przy pracowni patrzył Jerzy. Aby zaś nieopatrznie nikogo nie zabrakło na tym widowisku, mruknął zapatrzony Jerzy:
— Patrzcie, patrzcie, państwo!
Obrazki Rogalika były jeszcze niezdarne i można je było nazwać „podlotkami malarstwa polskiego”. Człek biegły w sztuce dojrzałby w nich jednak od razu bujny talent, chociaż na jednym z nich słońce przypominało przejrzały pomidor, a na drugim woda świecącą blachę. Ewcia jednak była głęboko przekonana, że Matejko121, cicho w grobie śpiący, otworzył oczy i szepce niespokojnie: „Ho! Ho! Żeby tylko ten wytworny Rogalik nie zapędził mnie w kozi róg!”. Powiedziała o tych projektach obrazów kilka słów purpurowych jak róże, następnie wyjaśniła kłaniającemu się Rogalikowi, jak się ma dostać do pana Mudrowicza, który jest człowiekiem zacnym — wbrew pozorom, tępym rylcem wypisanym na twarzy. Pożegnała go potem ciepło i nie wiadomo czemu dodała uroczyście: