— Niech pana Bóg prowadzi!
Słowa te tak wzruszyły dobrego Rogalika, że chciał paść na kolana, lecz nie uczynił tego, bo głos Jerzego chwycił go jak arkan122 i zatrzymał w nieprzytomnym ruchu. Starszy kolega zbiegł do ogrodu i wesoło witał młodszego, klepiąc go po łopatce tak żywo, jak gdyby chciał przetrzepać własne niegdyś ubranie. Równocześnie mrugał zgoła bezecnie w stronę Ewci, która, wygłosiwszy błogosławieństwo, chciała już odejść. Ujrzawszy jednak małpie miny Jerzego, rzekła, zwracając się do Rogalika i tylko do Rogalika:
— Niech pan przyjdzie jutro i zda mi sprawę z przebiegu audiencji.
— Dobrze, panno Ewo! — zawołał Rogalik z zapałem, porwał obrazki, ukłonił się Jerzemu, domowi Zawidzkich, domowi Zawiłowskich, jednemu drzewu i wybiegł.
— Na jaką to on wybiera się audiencję? — zapytał zdziwiony Jerzy.
— U ministra — odpowiedziała Ewa chłodno. — Minister chce zakupić wszystkie jego świetne obrazy do zbiorów państwowych.
I odeszła z godnością bociana, który połknął żabę.
Przez dwie godziny pisała list do ojca — jak na kobietę dość treściwy, bo tylko dziewięciostronicowy — z trzydziestoma dopiskami, zaklinając go w ostatnim, by nie zapuszczał chińskiego warkocza, bo mu nie będzie w nim do twarzy. „Chińskie listy” Ewci były poematami czułości, miłości, tkliwości, rzewności i znowu od końca — rzewności, tkliwości itd. Pisała w nich o wszystkim, co się dzieje w jej sercu; bardzo jednak mętnie, dyplomatycznie i ozdobnie wspominała o przeraźliwych historiach swojego żywota. Nieznacznie tylko i w słowach ulotnych zapowiadała, że po powrocie ojciec zastanie niejakie zmiany i „dowie się mnóstwa rzeczy”. W chytrym rozumie pomyślała sobie słusznie, że byle tylko była zdrowa, nie złamała ręki lub nie skręciła karku, inne jej „tragedie” nie bardzo zajmą pana Tyszowskiego, który zresztą — jako przedstawiciel rodzaju męskiego — nie zna się na wielu subtelnych sprawach. Nie może mu przecież napisać, że Rogalik chciał dzisiaj paść przed nią na kolana, czemu sromotnie przeszkodził ten niedźwiadek Jurek, który zawsze czyni to, o co go nie proszą.
Odniósłszy list na pocztę, wstąpiła Ewcia do państwa Szymbartów. Okazało się jednak, że pani Szymbartowa pojechała do Otwocka, gdyż był to dzień odwiedzin u chorych. Zastała tylko pana Szymbarta, który pilnował mieszkania i z nudów obliczał, ile kilogramów mięsa zjadłby człowiek, gdyby żył siedem tysięcy lat.
— Jak z Zosią? — wołała Ewcia, jeszcze się nie przywitawszy.