— Dzięki Bogu coraz lepiej! Żona moja własnym oczom nie wierzy... Nie poznasz, Ewciu złota, mojej małżonki. Czy ty wiesz, co się u nas stało?

— Cóż się stało?

— W niedzielę była moja żona w Otwocku i wróciła bardzo szczęśliwa, bo sam naczelny lekarz sanatorium powiedział jej, że Zosia będzie jeszcze zdrowa. I pomyśl sobie, co zrobiła pani Szymbartowa! Od czasu naszego wesela zostało w domu pół butelki koniaku, bo moja żona jakimś cudem ocaliła go przed gośćmi...

— Wiem, wiem — zaśmiała się Ewcia. — To ten koniak, do którego chciał się pan dostać przez słomkę.

— Ten sam! Otóż moja żona nalała duży kieliszek tego bezcennego płynu. Podaje mi go i powiada: „Masz, wypij za zdrowie Ewci!”.

— Nie może być!

— Jak mnie tu żywego widzisz...

— Co za kobieta!

— Co za koniak! — wykrzyknął, nie dosłyszawszy, pan Szymbart.

Wnet jednak zgasła promienistość tego wspomnienia i dobry ten człowiek zachmurzył jasne czoło. Zagadnięty o powód, o niczym mówić nie chciał, lecz Ewcia zrozumiała od razu, co go trapi.