— Proszę pana — powiedziała serdecznie — ja wiem, czym się pan martwi. Będziemy szukali, będziemy bardzo szukali. Przecież Pan Bóg nie dopuści, aby Zosieńka nie mogła leczyć się, jak długo potrzeba. Ja wierzę w cudy. Pan wie, jak mi się cudownie udało wyratować panią Zawidzką i trafić do pana Mudrowicza...

— Wiem, wiem. To był naprawdę cud! Widujesz go czasem, Ewuniu?

— Pana Mudrowicza? — zaśmiała się Ewcia. — A jakże! Tego pan jeszcze nie wie, co się u nas stało przed tygodniem. Pan Mudrowicz był u Zawidzkich przez cały wieczór.

— Nie może być!

— Był, bo ja go przyprowadziłam.

— I co, i co?

— Z początku było ciężko i pan Mudrowicz wyglądał trochę tak, jakby się chmurzył, a trochę tak, jakby był przerażony. Ale pani Zawidzka taka jest dobra i słodka, a pan Jerzy taki wesoły, że pan Mudrowicz niechętnie, zdaje się, odchodził. Bardzo mu się podobało pomiędzy ludźmi. Nazajutrz przysłał pani Zawidzkiej mnóstwo kwiatów, a mnie całą cukiernię. I teraz będzie przychodził w każdą niedzielę. Dobrze, co?

— Nadzwyczajnie!

— A ja wpadam czasem do niego, nagadamy się, naśmiejemy...

— Naśmiejemy?