— A cóż pan myśli? Pan Mudrowicz, biedaczyna, nie śmiał się od tylu lat, że teraz musi to nadrobić. Jedno mi się tylko nie udało. Widział pan lokaja pana Mudrowicza, Pawła?
— Aha! Przecież z nim gadałem.
— Otóż ten człowiek ani razu jeszcze się nie uśmiechnął! Ani razu. Piec już by się zaśmiał, a on nie. To chyba taki kaleka.
Rozmawiali o tym i o tamtym i uzgodnili swoje stanowisko wobec świata i ludzkości. Wreszcie Ewcia rzekła niespodzianie:
— Proszę pana, prawda, że pan jest mądrym człowiekiem?
— Ci, co mnie dobrze znają — odrzekł z uśmiechem pan Szymbart — są przeciwnego zdania; ci zaś, co mnie znają mniej, są pełni wątpliwości.
— Mnie się jednak zdaje, że pan jest bardzo mądry. I dlatego chciałabym pana zapytać o radę... Niech mi pan powie, jak to zrobić, aby ożenić młodego człowieka ze śliczną panną, chociaż oni oboje o tym nie wiedzą!
— Co takiego?
— Mówię wyraźnie: on nic o tym nie wie, ona nic o tym nie wie, tylko ja bym tego bardzo chciała.
— Dziewczyno! — zawołał pan Szymbart. — Co ty nowego zamyślasz? Chcesz żenić ludzi wbrew ich woli? Co ci się stało? Ej, nie igraj z ogniem, bo się sparzysz! Powiada pewien wschodni mędrzec, że można jeździć na tygrysie, ale niebezpiecznie jest z niego spaść, a ja widzę, że ty już siedzisz na tygrysie. I zlecisz! Słowo daję, że zlecisz!