— Widzę, że się pan na tym nie zna — rzekła Ewcia zawiedziona. — Kobieta zrozumiałaby mnie od razu i dałaby mi doskonałą radę. Gdyby wszystkie moje koleżanki nie rozjechały się na wakacje, zrobiłybyśmy naradę i wszystko byłoby gotowe. Przecież trzeba pomagać ludziom, którzy sami nie wiedzą, jak to zrobić, aby się pobrać.

— Czy ten młodzieniec chce tego?

— Przyznaję, że nie wiem.

— A ta panna?

— Któraż panna nie chce wyjść za mąż? Musi oczywiście przedtem zakochać się na śmierć. A mnie właśnie o to idzie, aby się zakochała.

Ponieważ pan Szymbart, wszystkie zmysły wysiliwszy, nie mógł znaleźć sposobu na śmiertelną miłość panieńską, Ewcia pozostawiła go w wirze zwątpienia i przerażenia. Spokojny ten człowiek — któremu przed dwudziestu laty rzekła chłodno matka przyszłej pani Szymbartowej: „Od dwóch miesięcy zjada pan u nas obiady, myślę więc, że się dzisiaj pan oświadczy mojej ukochanej córce!” — patrzył za odchodzącą Ewcią wzrokiem osłupiałym.

„Niektórym ludziom”, myślał posępnie pan Szymbart, „brak jest piątej klepki. Ta dziewczyna jednak ma ich co najmniej sześć. Czy to jest lepiej, czy to jest gorzej?”.

Odpowiedź na to niezmiernej wagi pytanie znalazł Jerzy, który z ogródka willi malował pełne słońca, ogromne topole, co jeszcze w tych stronach ocalały przed kamiennym zalewem miasta. Ewcia, powróciwszy ze swoich wędrówek po mieście, tak napęczniała cudzymi zmartwieniami jak czarna chmura deszczem, przysiadła obok na trawie i przypatrywała się w milczeniu, nie śmiąc żadnym słowem zmącić przyjaznej ciszy. Wreszcie Jerzy przerwał pracę, usiadł na składanym krzesełku i wydobył fajeczkę. Kopcący ten przyrząd miał tę własność, że wciąż gasł.

— Jureczku... — odezwała się Ewcia tak czule, że malarz spojrzał na nią zdumiony.

— Czego pragniesz, Ewelizardo?