— Nie pogniewasz się na mnie, skoro cię zapytam o jedną dziwną rzecz?

— Jestem dzisiaj łagodnie usposobiony i dlatego wspaniałomyślny. Gadaj!

— Powiedz mi... Ale naprawdę się nie pogniewasz? Powiedz mi, czy ty byś się chciał ożenić?

— Nigdy! — krzyknął Jerzy. — A zresztą co to ciebie obchodzi?

— Pewnie, że mnie nie obchodzi — odrzekła Ewa słodko. — Ale dlaczego nie chciałbyś się ożenić?

— Bo mój duch wolny i nieśmiertelny nie znosi tyranii. To jedno. A następnie: malarz nie powinien się żenić, bo jest istotą wyższego gatunku i musiałby szukać przez sto lat godnej siebie kobiety. Rozumiesz, bąku? — mówił, śmiejąc się głośno.

— Rozumiem, oczywiście, że rozumiem — odrzekła Ewa dziwnie zgodnie. — A gdyby jednak znalazł taką wyjątkową istotę, to co wtedy?

— Wtedy także nic.

— Są jednak malarze żonaci...

— Podobno są, ale to nieszczęśliwi ludzie. Żony każą im strzyc włosy, zjawiać się o właściwej porze na obiad; nie pozwalają im wycierać pędzla o ubranie ani niedopałków papierosów wtykać w zagłębienie fotela, jakby to komu coś szkodziło. Każą im w przedpokoju zdejmować zabłocone buty, gdy malarz malował na zoranym polu, zmuszają ich do łażenia na wizyty; a dochodzi nawet do tego, że żona jednego z moich przyjaciół malarzy kazała mu przeczytać powieść swojej przyjaciółki. Czy dobrze słyszałaś, rajska Ewo? Powieść przyjaciółki! Ten człowiek płakał, prosił, groził i tłukł głową o ścianę. Omalże się nie rozchorował. I żeń się tu, człowieku!