— O, to źle, to źle! — mruczał Tyszowski, z czego można było wnosić, że narzeka na niebiańskie urządzenia.

Pan Tyszowski jednak martwił się z innego powodu. Strach go chwycił, że Ewcia nie jadła. Było to wierutne kłamstwo, ciocia bowiem nie dopuściłaby przenigdy do okrutnej, głodowej ostateczności — prawdą natomiast niezbitą była ponurość najbliższej przyszłości. Ciocia z niewypowiedzianym sprytem pragnęła wzbudzić w Tyszowskim zabójczą i zdobywczą energię, więc przedstawiła jego oczom blade widmo Ewci, którą srogi głód zamieniał powoli w jasnokościsty szkielet.

— Co robić, ciociu złota, co robić? — pytał Tyszowski.

— Pieniądze! — odrzekła ciocia krótko i rozumnie.

Znakomity uczony spojrzał na nią ze strachem, przyszło mu bowiem na myśl, że go ciocia namawia do fabrykacji banknotów, co jest źle widziane przez władze, ciocia jednak nawet podczas przypływu zgrozy miała minę tak poczciwą, że go ta myśl odbiegła.

— Do pierwszego jeszcze kilka dni — mówił zadumany. — Ale, ale! — zakrzyknął radośnie. — Przecież mi się coś należy od wydawcy. Jutro będziemy mieli pieniędzy w bród.

— Od wydawcy? — zaszemrała ciocia. — To znaczy: od księgarza? Myślałam, że pan wpadnie na lepszy pomysł. Od dwóch lat wciąż ma pan coś przynieść od wydawcy, ale dotąd pan tego nie zrobił.

Machnęła ręką na znak braku nadziei, co Słowacki wyraził przy innej sposobności słowami: „Kto tam odejmie co, ten będzie mądry!”21.

— Jednak spróbować nie zawadzi...

— A jeżeli się nie uda?