— Ha! — zakrzyknął Tyszowski.

Była w tym zwartym okrzyku groźba śmierci, potępienie i szaleństwo, co jednakże najmniejszego wrażenia nie uczyniło na cioci. Znała ona zbyt dobrze zapobiegliwość i przedsiębiorczość tego najłagodniejszego z ludzi, którego każdy wydawca sprzedałby bez najmniejszego trudu do Egiptu, gdyby tam jeszcze robiono takie interesy. Wiedziała jednak, że głuchy na wszelkie rozumne perswazje, dobędzie z siebie niebywały zapas pomysłowości, skoro tylko idzie o Ewcię. Razu pewnego ciocia, bez żadnych dramatycznych objaśnień, postawiła na jego nocnym stoliku bucik Ewci. Tyszowski wrócił późną nocą, spojrzał wielce zdumiony i pomyślał w pierwszej chwili, że to dziwnego kształtu popielniczka. Ujrzawszy jednak straszliwe w buciku rozdarcie, zasromał się22 i jęknął głucho. Nazajutrz przyniósł triumfalnie nowe obuwie. Ciocia wiedziała, że teraz też dokona jakiegoś bohaterstwa, odegnawszy od genialnej głowy te mętne opary, które się snują nad ludźmi uczonymi.

Na wszelki wypadek, na tak zwaną „czarną godzinę”, chowała ciocia swój jedyny złoty skarb. Miała kiedyś dwóch mężów, których Bóg powołał do swojej chwały, uznawszy, że na ziemi nie ma z nich zbyt wielkiego pożytku. Po każdym z nich pozostała złota obrączka. W „dniu gniewu i klęski” zanosiła ciocia do zakładu zastawniczego23 najpierw tę, na której wyryta była data pierwszego ślubu, potem drugą, żałując czasem, że nie wyszła w za mąż po raz trzeci. Ciocia była niezmiernie chytra i przed czarnym dniem mówiła na wszelki wypadek, tak sobie, od niechcenia:

— Palce mi puchną, muszę zdjąć obrączki...

A to nie palce jej puchły, tylko głowa — od trosk i zmartwień.

Składała potem grosz do grosza i obrączki wracały na swoje prawowite miejsce, co wielce radowało w niebie obydwóch nieboszczyków.

Smętne te historie powtarzały się kilka razy do roku i gdyby nie owe dni chmurne, radośnie byłoby w domu pana Tyszowskiego. Kochał on Ewcię tak gorąco, jak gdyby pragnął dać jej i miłość matczyną. Wiedział, że sto nawet serc, chociażby tak miękkich i tak czułych jak zacne serce cioci, nie zastąpi dziecku jednego uścisku i jednego uśmiechu matki, więc serce własne otworzył szeroko. Był nie tylko ojcem dziewczynki, lecz jej starszym bratem, przyjacielem, rówieśnikiem i kolegą. Znakomity uczony zmieniał się czasem w rozbrykanego urwipołcia, który wraz z Ewcią wywracał uczciwy dom do góry nogami. Zdumiałyby się wszelkie uniwersytety świata, widząc, jak głośny uczony siedzi na szczycie szafy i zachęca niewinne dziecko, aby się wgramoliło na tę samą przeraźliwą wysokość, albo jak czasem rzuca w swoją latorośl poduszkami, wydając przy tym obdarte ze skóry okrzyki. Trzecim wspólnikiem tych zabaw był straszliwy kundel, Rolmops — indywiduum bez czci, wiary, wstydu, dobrego smaku, bez wychowania, bez poczucia odpowiedzialności, bez piątej klepki. Podrzutek, znaleziony w sieni, od najpierwszych swoich dni był jawnie opętany przez złego ducha i dotknięty nieznanego rodzaju szaleństwem. Ciocia błagała czasem ze łzami w oczach pana Tyszowskiego, aby tę lichą i bezczelną imitację psa nakarmił cholerą i dżumą, w słusznym mniemaniu, że sama cholera nie da rady temu oberwańcowi. Pies najwyraźniej wszystko rozumiał, z natury zaś swojej był zawodowym złodziejem, który cioci kradł wszystko spod ręki i takie stroił miny, jak gdyby był wiecznie krzywdzonym sierotą, na którego dobrą sławę ona niesłusznie nastaje. W lot pojął, że ciocię można oszukać w żywe oczy, że z panem Tyszowskim nie trzeba żadnych robić ceremonii i że — w pewnej mierze — liczyć się należy jedynie z Ewcią. Dzieje świata nie zanotowały większego opryszka i oczajduszy24 psiego pochodzenia.

Ewcia składała się z duszy, z ciała, z prochu, siarki, dynamitu i jeszcze siedmiu innych ingrediencji25 wybuchowych, w każdej chwili grożących spokojnemu światu zagładą. Ciocia przypisywała tę wybuchowość temperamentu zadartemu nosowi, czego jednak sposobem naukowym dowieść się nie dało. Wiele jednak w tej hipotezie mogło tkwić słuszności. Ewci wszędzie było pełno; obejmowała przy każdej sposobności przewodnictwo w koleżeńskim gronie, bystrość jej była zdumiewająca, inteligencja dorównywała czasem szatańskiej rozumności Rolmopsa, wesołość jej była huczna, roześmiana, rozperlona i nieustanna. Dyskusje z ojcem, który zapominał niemal zawsze, że rozmawia z małą dziewczynką, i gadał z nią jak z brodatym profesorem uniwersytetu, napełniły jej drobną głowinę wyborną mieszaniną, zwaną przez ludzi prostego ducha „grochem z kapustą”. Wielkim wysiłkiem bystrego rozumu poczęła Ewcia z czasem oddzielać groch od kapusty i porządkować zatłoczoną spiżarnię. W szkole budziła podziw głodem nauki i jasnością myślenia. Bardziej jednak niż zalety umysłu budziło zachwyt jej serce. Zdawało się, że posiada ono jedynie „południową stronę”, tak nagrzaną uśmiechem jak słońcem. Cudzy ból był jej bólem. Cudze nieszczęście było jej osobistym nieszczęściem. Widok katowanego na ulicy konia przyprawiał ją o wstrząs i rozpacz. Zdarzyło się pewnego razu, że mała dziewczynka w szkolnym mundurku rzuciła się jak młode tygrysiątko na ogromnego draba, co drzewcem bata tłukł nieszczęsnego konia po oczach. Przyglądającą się temu gromadkę nieśmiałych ludzi ogarnął wstyd. Draba przytrzymano, a ktoś rzekł do Ewci:

— Niech cię Bóg błogosławi, dzielna dziewczynko.

Dzieciarnia z całej ulicy była pod komendą Ewy — od tych najmniejszych, za którymi powiewa prawie biała chorągiewka prawie białej koszuli, aż do tych, co przygryzają górną wargę, aby przyśpieszyć porost wąsów. Kochało się w niej na zabój osiemnastu uczniaków, co powodowało groźne pomruki, potężne obietnice połamania kości rywalom, rozmowy pełne błyskawic i gromów i takie spojrzenia, po których pojawiają się sińce na obliczu wroga. Primadonna jednakże mało zwracała uwagi na wzdychania i madrygały26. Największą jej miłością, najwierniejszą i jedyną, był pan Hieronim Tyszowski — arcyojciec, arcyprzyjaciel i arcytowarzysz. Tych dwoje umiało ze sobą gadać i słowami i, jeśli było trzeba, na migi jak sztubacy27, gdy było do przewidzenia, że ciocię coś oburzy.