Pytanie było uzasadnione, gdyż Jerzy schował gwałtownie fajkę do kieszeni, nie zauważywszy, że tli się w niej wyjątkowo ogień. Porwał paletę i począł szybko jeździć pędzlem po płótnie.
Ewcia zapadła w mroczne milczenie i siedziała ze zmarszczonym czołem, co jest zewnętrznym objawem potężnej, niemej pracy ducha. Po chwili przerwała to filozoficzne zajęcie i zawołała z przestrachem:
— O, Jerzy! Zdaje mi się...
— Siedź cicho! — odkrzyknął Jerzy, nie dając jej dokończyć zdania.
— Ale ja ci mówię, Jureczku...
— Siedź cicho! — powtórzył malarz. — Znamy się na twoich kawałach.
— To żaden kawał, tylko...
Jerzy wzruszył ramionami i zaczął gwizdać w dość fałszywej tonacji.
— Doskonale! — zawołała Ewa. — Zobaczymy, co z tego będzie. Ja już ani pisnę.
Słychać było jedynie szorstki dotyk pędzla i ćwierkanie wróbla, który przysiadł na rynnie. Z tymi skąpymi głosami natury poczęły się mieszać różnorodne jej zapachy, dotąd nikłe i ledwie wyczuwalne — od pewnego czasu jednak wybił się ponad nie jeden, mocno drażniący i niemiły. Jerzy pociągnął nosem i mruknął: