-– Coś się pali...
— Aha! — rzekła Ewcia — Coś się pali.
— Jakiś papier czy pierze?
— Mnie się zdaje, że wełna. Coś jakby ubranie.
— Ubranie? Czyje?
— Twoje — odrzekła Ewcia spokojnie. — Pali się już od dziesięciu minut. Chciałam ci dawno o tym powiedzieć, ale ponieważ ty się znasz na moich kawałach...
— Aj, aj! — wrzasnął Jerzy i zerwał z siebie kurtkę, w której zawsze gasnąca fajka wypaliła kieszeń i poczęła okazywać dalsze żarłoczne chęci.
— Gdybyś miał żonę, może by ci to naprawiła! — rzekła Ewcia, lecz szybko zerwała się z trawnika, gdyż Jerzy zdradzał obłąkane zamiary uczynienia jej jakiejś doraźnej krzywdy; przystanąwszy w bezpiecznej odległości, mówiła dalej z powagą: — Trzeba zawsze, mój chłopcze, słuchać tego, co mówią ludzie rozsądni i zrównoważeni, choć nie umiejący malować, co na jedno wychodzi.
Nieszczęsny pogorzelec zabił ją spojrzeniem najpierw prawego, potem lewego oka, po czym zaczął oglądać szkody, dokonane przez fajkę.
— Ewciu, Ewciu! — ozwał się przez okno głos pani Zawidzkiej. — Chodź no prędko, mam dla ciebie niespodziankę.