— Jutro pójdę do redakcji i kupię ci kilka egzemplarzy tej gazety. Znaj pana!
Dnia tego nie mówiono oczywiście o niczym innym, tylko o chińskiej cholerze, lecz prędko wyczerpano temat ze względu na dość skąpe o niej wiadomości. Przybył wprawdzie niespodzianie nowy, światły umysł, lecz nie mógł wziąć udziału w naukowej dysertacji123, sam bowiem zdradzał objawy jakiejś niepokojącej i gwałtownej choroby. Oto do pokoju wszedł miły Rogalik, lecz jakże odmieniony! Musiało mu się coś zakręcić w rozumie albo serce przeskoczyło w nim na prawą stronę, albo też zwykła cegła na niezwykłą upadła głowę. Na twarzy miał wypieki, a w poczciwych oczach wyraźny obłęd. Ukłonił się, bo ukłonić się musiał — nikomu jednak z żyjących, lecz gdańskiej szafie. Potem się zatoczył i padł na krzesło, ciężko dysząc.
„Upił się Rogalik!”, pomyślał Jerzy z trwogą.
— Co się panu stało! — rzekła zaniepokojona pani Zawidzka.
— Może wody?! — zawołała Ewcia.
— Nie... nie... — zaszemrał Rogalik. — Ja zaraz... Biegłem prędko... O, panno Ewo!
Ewcia, zdumiona, że jej imię zostało wypowiedziane z łzawym wzruszeniem, zerwała się z krzesła.
— Czy pan jest chory? — szepnęła.
— Nie! Nie! — krzyknął Rogalik z mocą. — Ja jestem szczęśliwy! Przez panią! Przez panią jestem szczęśliwy!
Ewcia spojrzała z widocznym przerażeniem na Rogalika, a błagalnie — na panią Zawidzką, która, niczego nie rozumiejąc, spojrzała z kolei na Jerzego, wzywając na ratunek męskiej pomocy.