— A mówił pan, że Ewcia...

— Panna Ewa kazała mi przyjść do stołu, a pan Mudrowicz do siebie. Mówił: „Niech mi pan pokaże swoje obrazki, panie Rogalik!”. I ja tam dzisiaj byłem.

— U pana Mudrowicza? — zdumiał się Jerzy.

— Tak, tak! Zaniosłem mu obrazy, a on patrzy, patrzy i mówi: „Jeszcze nie to, co być powinno, ale z ciebie, chłopcze, coś będzie! Patrz, jak maluje Zawidzki, i ucz się!”.

— O! — szepnął Jerzy. — Tak powiedział?

— Tak. A potem długo myślał, poklepał mnie do ramieniu i powiada: „Słuchaj, chłopcze! Ja mam, a ty nie masz, więc się podzielimy... Na trzecim piętrze jest tu wolny pokoik... Tam sobie będziesz mieszkał. A żebyś miał co jeść, dostaniesz ode mnie stypendium do czasu ukończenia nauki!”.

— O Boże! — zdławionym głosem wykrzyknęła Ewcia.

— Ja też tak zawołałem, proszę pani — mówił zdyszanym, gorącym głosem Rogalik. — Świat się zakręcił razem ze mną... Zacząłem mu dziękować, a on powiada: „Nie mnie dziękuj, nie mnie, ale pannie Tyszowskiej musisz podziękować!”. I bardzo się cieszył... A ja zawołałem: „Pannie Tyszowskiej? Już lecę!”. I wybiegłem... Tak biegłem, że zostawiłem u pana Mudrowicza kapelusz... O, panno Ewo! O, panno Ewo! Bo gdyby nie pani...

— Na kolana, Rogalik! — wrzasnął Jerzy przeraźliwym głosem.

Zdawało się, że ten głos był wystrzałem armatnim, co ugodził Rogalika w szlachetną pierś i powalił go do stóp Ewci, która, pisnąwszy cieniutko, skryła się w ramionach pani Zawidzkiej.