Pani Zawidzkiej zaś zdawało się, że jest w teatrze na tak dziwnej sztuce, iż nie wiedziała, czy śmiać się czy płakać.

Rozdział dwunasty, w którym roztropna głowa rozmyśla, jak zbliżyć do siebie dwa serca

— Co pan z nami wszystkimi wyprawia? — mówiła Ewa do pana Mudrowicza, który był najwyraźniej zawstydzony.

— Najpierw uszczęśliwił pan panią Zawidzką, a przez to Jerzego i mnie. A wczoraj Rogalik postradał ze szczęścia zmysły...

— Rogalik zostawił u mnie kapelusz... — mruknął pan Mudrowicz.

— I kapelusz, i głowę, i serce. Pan nie może sobie wyobrazić, co się z nim działo.

— Ach, mówić nie warto...

— O, żeby wszyscy byli tacy jak pan!

— Wtedy byłoby smutno na świecie — bąknął pan Mudrowicz. — Przestań, Ewuniu. I wierz mi, że mnie było znacznie przyjemniej niż temu Rogalikowi. Ale, ale... Czy zostaniesz u mnie na obiedzie?

— Nie mogę, bo jadę do Otwocka, do Zosi Szymbartówny.