— W takim razie ja jadę z tobą! — rzekł pan Mudrowicz z mocą.

Nie dał się odciągnąć od tego zamiaru, twierdząc, że od wielu lat nie wyjeżdżał poza Warszawę, więc szalona wyprawa aż do Otwocka będzie dla niego wyprawą do Ziemi Obiecanej124, czemu trudno było zaprzeczyć, gdyż Otwock, żywicą pachnący, dziwnie przypomina izraelskie rubieże. Nie zgodził się też na jazdę pociągiem i ku niesłychanej radości Ewy kazał Pawłowi sprowadzić automobil.

— Niech mu to pan wyraźnie wytłumaczy — rzekła Ewcia — gdyż Paweł gotów sprowadzić karawan.

Oleisty smutek nie zalał jednakże całkowicie rozsądku Pawła, więc pojechali automobilem. Pan Mudrowicz wstąpił po drodze do sklepu, w którym sprzedają słodkie rozkosze żywota.

— Dasz to swojej przyjaciółce — rzekł, wręczając Ewci pudełko wielkości młyńskiego koła.

Ona nie podziękowała słowami, lecz spojrzała na pana Mudrowicza takim wzrokiem, że się staruszek uśmiechnął dziwnie jakoś nieporadnie. Zastanowiło ją to, że pan Mudrowicz, dotąd puszczyk, unikający dziennego światła, przemykający się chyłkiem przez resztę swego niezmiernie smutnego życia, sam się teraz z gorącą skwapliwością garnie do ludzi. Odmieniła się nie tylko zbolała i skostniała wśród zgryzot dusza tego człowieka, lecz stał się z nim cud inny jeszcze: brzydki pan Mudrówicz przestał się bać swojej własnej twarzy. Rozwiało się jego chorobliwe urojenie, że ludzie będą się odwracali ze zgrozą na jego widok. Od czasu kiedy go Ewcia wywiodła „z ziemi egipskiej, z domu niewoli”, samotności i udręczeń, nie zdarzyło się jeszcze, aby go ktoś obraził lub dotknął zalęknionym lub zdziwionym spojrzeniem; nabrał przeto odwagi, a gdy był w towarzystwie Ewci, stawał się bohatersko odważny. Za to wszystko był jej nieskończenie wdzięczny. I dlatego na dnie serca — jak na dnie wyschłej studni — odnalazł uśmiech, o którym zapomniał. Jadąc teraz z tą dziewczyną, czuł się jak szkolny żak125, co wybiera się na wakacje. Pomrukiwał z zadowolenia, gadał o tym i o owym i pytał, wciąż pytał... Wiedział o wszystkim, co się działo dookoła ukochanej Ewuni, lecz mu było wciąż za mało. Wiedział też o czarnych zgryzotach państwa Szymbartów, niemogących utrzymać córki przez cały rok w sanatorium.

Biedniutka Zosia nie mogła w pierwszej chwili przemówić z radości i zachwytu. Ponieważ dzień był prześliczny, leżała na werandzie, otwartymi usteczkami pijąc to zdrowie, co się jak złota żywica sączy z gęstwiny karłowatych sosen. Wzdłuż długiego, ogromnego budynku leżało mnóstwo takich jak ona, dotkniętych podstępną, straszną, jadowitą chorobą — gruźlicą. Byli to przeważnie ludzie młodzi, czepiający się życia łakomym, często aż drapieżnym spojrzeniem szeroko rozwartych oczu. Wypatrywali nadziei, co się wychyli z tego sosnowego lasu, co przyleci spod słońca, co przypłynie Wisłą. Na bladziutkich, często aż sinych ustach drżały niesłyszalne szepty, modlące się cicho, cichuteńko o promienistą łaskę życia. Ręce niektórych dziewczynek leżały nieruchomo na kołdrze, blade i długie jak łodygi nadwiędłych kwiatów. Innym kropelki potu zwilżyły czoło barwy słoniowej kości, jak gdyby całe ciało płakało z trwogi, co w tej chwili, przerażona białością dnia, odeszła i przyczaiła się gdzieś w mroku, lecz powróci w nocy, wypełznie z kąta i chyłkiem się podkradłszy, chwyci biedniutkie, zrozpaczone serce, aby je w zimnej, kościstej dłoni zdławić jak bezbronnego ptaka. Śmierć w postaci posępnego, cichoskrzydłego jastrzębia krąży nad tą okolicą i nieruchomymi oczyma wypatruje ofiary wśród tych piskląt. Bóg ich strzeże i ci biało odziani, przez Boga dobrotliwego posłani ludzie, co się snują tu i ówdzie — baczni, bystro patrzący, czujni na każdy odgłos zniszczonych płuc. Są to apostołowie świętego miłosierdzia. Cichutko, ze ślicznym uśmiechem na słodkiej twarzy, siostra, która temu miłosierdziu poświęciła życie, stąpa powoli wzdłuż szeregu leżących dziewczynek. Jednej rzuci słowo promieniste jak kwiat, drugiej pogładzi czoło ręką, innej podniesie poduszkę, aby jej było wygodniej. Przechodząc obok Zosi, uśmiechnęła się i do niej, i do Ewci, i do pana Mudrowicza, który odkrył szybko głowę i skłonił się jej z głęboką czcią.

Dziewczęta zaczęły rozmawiać — Zosia powoli i z trudem, Ewcia szybko i perliście. Pan Mudrowicz patrzył i słuchał. Nie chciał przeszkadzać przyjaciółkom i nie chciał im zabierać ani jednej chwili. Ewcia wygadała przez pół godziny dwa grube tomy, w których było wszystko i o Zawidzkich, i o Basi, i o panu Mudrowiczu. Zosia spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczami, pełnymi mądrej tkliwości cierpiącego człowieka; potem uśmiechnęła się bledziutkim uśmiechem i położyła rękę na jego dłoni. Starszy człowiek zadrżał.

— Pan musi być strasznie dobry — mówiła cichuteńko — skoro Ewcia pana tak kocha.

Pan Mudrowicz chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Na szczęście przypomniał sobie o pudełku ze słodyczami, które postawił przy sobie na ziemi. Podniósł je niezręcznym ruchem i położył obok Zosi.