— Boże złoty! To dla mnie?

— Od Ewci — zamruczał dziwnie pan Mudrowicz.

— Od Ewci, od Ewci! Wszystko zawsze od Ewci! — zaśmiała się Ewa. — Nie wierz panu, Zosieńko! To pan Mudrowicz ci przywiózł, a dlatego takie małe pudełeczko, bo w całej Warszawie nie było większego.

Okazało się jednak, że ogromne pudło było zbyt małe, gdyż poszło ono natychmiast w okrężną drogę do sąsiadek. Ewcia biegała z nim na polecenie Zosi i karmiła biedne dziewczęta jak wróble. Zdawało się, że każda czekoladka jest „pigułką szczęścia”, która wywołuje uśmiechy i ciche okrzyki. Pan Mudrowicz pomyślał ponuro, że jest złym człowiekiem, bo przywiózł tylko jedno pudełko. Nie wiadomo, czy z tego czy też z innego powodu podniósł się nagle i rzekł:

— Pogadajcie tu sobie dziewczęta, a ja obejrzę sanatorium.

Szedł powoli, z gołą głową, jakby jej nie śmiał nakryć w obliczu cierpienia, i po chwili zniknął za zakrętem.

Podczas powrotnej drogi był zamyślony i milczący. Raz tylko powiedział tak, jak gdyby głośno rozmyślał:

— Człowiekowi zdaje się zawsze, że jego osobiste cierpienie jest największe na świecie. A to jego cierpienie jest tylko kropelką w oceanie... Niech mi Bóg przebaczy...

Ewcia nie przemówiła ani słowem, nie chcąc mącić jego zatroskanej zadumy. Wiedziała, o czym mówi sam do siebie, pomyślała jednak, że może on nie pragnie, aby wiedziała.

Dopiero gdy już dojeżdżali do Warszawy, pan Mudrowicz jak gdyby się obudził.