— Powiedz mi, Ewuniu — mówił, nie patrząc na nią i jakby niechcenia — kto są ci... Jakże im tam? No! Ci Szymbartowie?

— To biedni ludzie — odrzekła. — Pan Szymbart jest człowiekiem roztropnym i żyje z małej emerytury, a pani Szymbartowa jest kobietą nieszczęśliwą.

— Tak, tak, wiem... Mówiłaś mi o tym. Biedna ta Zosia... A gdzie to oni mieszkają?

Ewcia odpowiedziała bardzo ściśle, mocno zdziwiona, po co panu Mudrowiczowi ta wiadomość. Jeszcze więcej zdumiały ją następne jego słowa:

— Ewuniu — mówił powoli i z namysłem — chcę cię o coś bardzo serdecznie poprosić. Otóż rzecz jest taka: może się zdarzyć, że rodzice Zosi otrzymają przyjemną wiadomość. Wszystko jedno jaką... Ty się o miej oczywiście dowiesz. Przyrzeknij mi, drogie dziecko, że nie będziesz robić żadnych przypuszczeń i że me będziesz żadnych snuć domysłów. Najlepiej będzie, jeśli oświadczysz, że o niczym nie wiesz, co zresztą będzie prawdą.

— Skoro nie wiem, to nie powiem! — zaśmiała się Ewcia.

— Tak, ale ty wiesz z pewnością, ile jest w Warszawie much, więc tak długo będziesz szukać, aż znajdziesz. Proszę cię, nie czyń tego! Dobrze?

— Dobrze!

— Słowo?

— Po co słowo? Jak pana kocham!