— Znakomicie, wierna duszo! I już o tym nie mówmy.
Pożegnali się bardzo czule, jak gdyby pan Mudrowicz miał wieczorem odpłynąć na wieki do Ameryki, a ona do środkowej Afryki, i rozeszli się niezmiernie z siebie radzi, bo takich zaprzysięgłych przyjaciół nie było w tym czasie we wszechświecie ani w najbliższej okolicy.
Dopiero nazajutrz o liliowym zmierzchu zrozumiała Ewcia, czemu to piekielnie chytry pan Mudrowicz kazał jej składać przysięgę. Przed dom pani Zawidzkiej zajechała dorożka, do której przyczepiony był koń tak mizeracki126, że zdawało się, iż to jego dorożka popycha, a nie on ją ciągnie. Mieszkańcy ze zdumienia „wyszli z siebie”, ujrzawszy, że z dorożki wychodzą państwo Szymbartowie i wchodzą do willi. Oboje byli podnieceni i niespokojni.
— O Boże! — szepnęła Ewa. — Może to już po mnie?
— Skądże znowu! — odrzekł Jerzy. — Po ciebie przyszliby z koszem albo z workiem.
— Chyba ciotka przyjechała albo przyszła depesza od ojca — mówiła zatrwożona Ewa.
Pani Zawidzka powitała uprzejmie niespodzianych gości, którzy z bliska sprawiali wrażenie z lekka obłąkanych, bo pan Szymbart nie mógł wydobyć głosu, a pani Szymbartowa padła na najbliższy fotel i zaczęła płakać bez najmniejszej uwertury, bez przygotowania, bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia, bez wprowadzenia słuchaczy w nastrój.
— Co się pani stało? — zawołała z niepokojem pani Zawidzka. — Czy jakieś nieszczęście?
— Nie, nie! — rzekł pan Szymbart z pośpiechem, schwytawszy oddech. — Przeciwnie!
— W takim razie czemu pani płacze?