— Tak, teraz rozumiem — szepnęła Ewa w zamyśleniu. — Pan jest bardzo mądry!

— Nie ja jestem mądry, tylko inni są głupsi ode mnie! — rzekł pan Mudrowicz. — Majątek... Majątek — sierdził się w dalszym ciągu. — Ja też mam majątek i co mi z tego? Tyle mi z niego przyszło, że żyłem jak szczur w norze... Nie pożywiłem nawet bezdomnego psa... Nie wiedziałem, że na świecie świeci jeszcze słońce... A ten twój malarz rozsypuje je garściami, upiększa świat, wyzłaca szarość... Biedny malarz! Aha! A ten drugi malarz, ten Rogalik...

— Co, co?

— Siedzi u mnie na poddaszu i przez cały dzień śpiewa. Maluje i śpiewa... Radość chodzi za tym golcem i on jest szczęśliwy... Tak kiedyś wył z jakiejś wielkiej radości, że posłałem Pawła, aby go uciszył, a Paweł się zbuntował i nie chciał iść. „Niech sobie, biedaczyna, pośpiewa!”, powiada mi ta kreatura.

— Paweł tak powiedział?

— Tak. Zdaje się, że jest z Rogalikiem w ogromnej przyjaźni i zanosi mu połowę swojego jedzenia. Nie przysięgnę, ale mi się zdawało, że się onegdaj obaj zaśmiewali jak obłąkani.

— Nie może być!

— Może być. Zdaje się, że są zdziwieni, iż ja jeszcze nie śpiewam — rzekł pan Mudrowicz z odrobiną goryczy.

Ewcia bardzo była zamyślona po tej rozmowie. Przez kilka dni następnych przyglądała się Jerzemu, który pracował niezmordowanie nad wielkim obrazem. Chciała do niego zagadać, lecz nie miała odwagi. Nie był to już ów Jerzy, który stawał na głowie, śmiał się do całego świata i najbliższej jego okolicy, i buczał, i pokrzykiwał. Zaczął tak wyglądać, jakby nie spał od wielu nocy. Wprawdzie na widok Ewy uśmiechał się mile, nie był to jednak zawiesisty uśmiech „olejny”, lecz „akwarela” uśmiechu — delikatna, subtelna i ledwie widoczna. Żal ścisnął serce Ewy.

— Jureczku — rzekła wreszcie z wielkim strachem — zdziwi cię to, co ci powiem... Niedawno rozmawiałam o tobie z panem Mudrowiczem.