— Pewnie w jakimś mężczyźnie, bo to już taki nieznośny zwyczaj... Proszę pana... Zdaje się, że Basia nadchodzi! Czy to prawda, że pojutrze są jej urodziny?

— Ależ tak! — przypomniał sobie pan Zawiłowski.

— Doskonale... Przyjdziemy wszyscy o piątej. Wtedy panu powiem coś więcej.

— Dobrze!

Panna Barbara powitała Ewcię serdecznie, lecz jakby z roztargnieniem. W orzechowych jej oczach nie było rozigranych, złotych błysków; smutek osnuł śliczną jej twarz lekką mgiełką. Zaciągnęła Ewcię do swego pokoju, w którym barwną plamą gorzał obrazek Jerzego.

— Co się u was dzieje? — spytała Basia. — Nie widziałam cię od dwóch dni.

— Nic nadzwyczajnego — odrzekła Ewa, przyglądając się pilnie pułapowi. — Tylko Jerzy jest jakiś chory...

— Pan Jerzy chory? Nie może być! Wczoraj wieczorem chodził po ogrodzie prawie do północy.

— Ach tak? Widać na tym polega jego choroba, że chodzi po ogrodzie przy księżycu A skąd ty o tym wiesz, że on taki lunatyk? — spytała Ewa niewinnie.

Zdawałoby się, że odpowiedzią na takie pytane powinno być: „Widziałam przypadkiem...” albo „Nasza Marysia widziała” lub coś podobnego na ten temat. Najbystrzejszy jednak filozof, mądry jak diabeł, nie mógłby przewidzieć odpowiedzi Basi, która nagle zakryła twarz rękami i szeptała gorąco: