— Chyba tam pojedziemy, co? — zapytał.
— Nie, nie! Jerzy mnie zatłucze na śmierć!
— Jeśli to uczyni, to ja jego zatłukę, ale mniejsza o to. Nie można jednak niepokoić pani Zawidzkiej. Która to godzina? Dziesiąta... O której zwiałaś?
— Około siódmej...
— Zbieraj się, jedziemy! Co to?
— Dzwonek — szepnęła Ewa. — Już po mnie!
W przedpokoju ozwały się liczne, niecierpliwe głosy. Zdaje się, że Paweł zapadłą piersią bronił komuś przystępu, lecz najeźdźca był nieustępliwy.
— Jerzy! — zdławionym głosem krzyknęła Ewa, nasłuchując. — I pani Zawidzka... O Boże!
Drzwi otwarły się gwałtownie i stanął w nich Jerzy — blady, z rozwianym włosem. Na widok Ewy oczy mu się rozjaśniły z bezmiernej radości. Za nim stała pani Zawidzka, na której twarzy widać było strach.
Pan Mudrowicz, nie wiedząc, co zamyśla długonogi i mocny dryblas, zasłonił Ewę, lecz Jerzy usunął go i zawył dzikim głosem: