— Jest, bo tatuś bardzo lubi. Ale skoro ja wypiję, a dla tatusia nie będzie, mama od razu spostrzeże — mówiła Zosia ze strachem.

— Jakoś się to zrobi! — rzekła Ewcia. — Wrócę za chwileczkę.

Mogła powiedzieć panu Szymbartowi, że Zosia pragnie napić się mleka i żeby on wziął je na swoje sumienie; nie ulegało jednak wątpliwości, że pan Szymbart wpadnie w panikę i nie zgodzi się ze strachu na taką awanturę. Trzeba to będzie urządzić inaczej. Ewcia znalazła w spiżarni naczynie z mlekiem, pokrytym kożuchem jak woda w stawie. Przyjrzała mu się, srodze zamyślona, jak człowiek, który ma za chwilę dokonać wiekopomnego wynalazku.

— Mam! — zakrzyknęła cicho.

Zabrała naczynie i zaniosła je do pokoiku Zosi, patrzącej na to wszystko wystraszonymi oczami.

— Nie pij! — szepnęła.

Ewcia pobiegła do swojego pokoju i powróciła ze szklaną rurką, używaną w cielęcych dniach do puszczania baniek z mydła, a przyniesioną z pamiątkowymi rupieciami do nowego mieszkania. Z wielką ostrożnością wetknęła rurkę tuż przy brzegu naczynia, przebiwszy grubą powłokę kożucha.

— Teraz sobie pociągnij — szepnęła jak spiskowiec. — Śmiało!

— Kiedy się boję — mówiła również szeptem Zosia.

— W takim razie ja wypiję!