— To źle, trzeba było coś zostawić. A może rurka się zatkała? Spróbuj!
Zosia „wciągnęła w głąb pół brzucha”43 jak Wojski w Panu Tadeuszu44, grając na myśliwskim rogu, a w rurce zabulgotało powietrze.
— Widać, że dawno nie piłaś mleka — rzekła Ewcia dość ponuro.
— Co my teraz zrobimy?
— Postawimy garnek tam, gdzie stał! Co innego można zrobić? Czy ci przynajmniej smakowało?
— O Boże!
Ewcia odniosła do spiżarni puste naczynie, trzymając je niezmiernie ostrożnie, aby zbyt nagłym ruchem nie rozerwać powłoki kożucha — mizernej w tej chwili dekoracji, zakrywającej pustkę.
„Dzisiaj będzie koniec świata!”, pomyślała z trwogą. „Ratuj się, kto może!”.
Obie dziewczyny oczekiwały z biciem serca najpierw powrotu pani Szymbartowej, potem nasłuchiwały każdego odgłosu, kiedy się zbliżała pora wieczerzy. Pan Szymbart dostawał na kolację resztki z obiadu i szklankę mleka, które sączył powoli i z upodobaniem, albowiem — o, nieszczęsny samobójca! — nie dbał o kwasy w żołądku.
Dziewczęta siedziały przy stole, wymieniając ostrożne spojrzenia. Pani Szymbartowa postawiła na stole jakieś mizerne jadło, pokrajała cienkie kromki chleba i smarowała je masłem, czyniąc to w sposób przedziwny: nabierała odrobinę masła na koniec noża i tym końcem dotykała chleba ostrożnie i ruchem powolnym, po czym szybko wysuwała nóż tak, że jego „omaślony” koniec znajdował się poza chlebem, a kromki „smarowała” gwałtownymi ruchami środkiem noża.