— Do Makowa.

— Przebóg! — zawołał malarz ze zgrozą. — To niemożliwe! Tam pani nie pojedzie!

— Czemu?

— Bo w Makowie leje jak z cebra. Przecież ja wczoraj przejeżdżałem przez Maków. Do kogo pani chce jechać?

— Do ciotki... Do pani Halickiej...

— Nie mam przyjemności znać szanownej ciotki — rzekł malarz z serdecznym żalem. — Czy jednak przypadkiem owa szanowna, w tej chwili zmokła ciotka nie będzie odrobinę zdziwiona nagłym przyjazdem?

— Będzie bardzo zdziwiona.

Ewcia odpowiadała jakby sennie, sama nie zdając sobie sprawy z tego, dlaczego odpowiada.

— Otóż właśnie! Ciocia jest zapewne przekonana, że pani śpi na łabędzich puchach, spokojna i szczęśliwa, gdy wtem spadnie jej na głowę katastrofa w postaci panienki pełnej zwątpienia i rozpaczy. Jeżeli ciocia znajduje się w wieku dojrzałym, może jej pęknąć serce. Szlachetna Ewo, musimy wymyślić coś innego... Ratujmy dojrzałą ciotkę!

— Ja nie mam nikogo poza nią! — wybuchnęła Ewcia w nagłym podnieceniu. — Ojciec na drugim krańcu świata, a tu...