Przestała mówić, jak gdyby oczekiwała pytania, ale chytry malarz nie zapytał o nic. Wiedział dobrze, że w tej chwili jedynie trzęsienie ziemi mogłoby spowodować krótką przerwę w zwierzeniach dziewczyny. Odmierzone krople jej słów zaczęły wzbierać i wkrótce popłynęły rwącą strugą.

Malarz słuchał bez drgnienia. Nie poruszył się nawet, aby nie spłoszyć rozkwilonego ptaka. Mogło się zdawać, że patrzy obojętnie na ogłoszenie, wzywające naród do spożywania sera śmietankowego. Słuchał skarg na samotność, na oschłość serca obcych ludzi, na odtrącenie serca Ewci, które chciała ofiarować za odrobinę życzliwości — i dowiedział się wreszcie, że dziewczyna wychowana w jasności nie mogła wytrzymać w mroku.

— Ja wiem, że zrobiłam głupstwo... — mówiła Ewcia, a słowa padały spokojniej, jak ostatnie kropie po nawale ulewy. — Ojciec mnie nie pochwali, a ciotce to chyba naprawdę serce pęknie... Ale ja już dłużej nie mogłam. Po tej awanturze z pamiętnikiem pani Szymbartowa zamknęła mnie na trzy dni w pokoju...

— A cóż na to pan Szymbart? — zapytał malarz po raz pierwszy.

— Nic nie mógł zrobić, bo także był zamknięty.

— Chwała mu, bo cierpiał za ludzkość... Spokojnie, dziewczyno, spokojnie! Ale, ale... Czy nie zjadłaby pani śmietankowego sera? Przypadkiem zauważyłem bardzo zachęcające ogłoszenie. Niechże się panna Ewa uspokoi, albowiem w przeciwnym razie zmuszę panią do zjedzenia dwunastu jaj na surowo. Teraz wiem o wszystkim i wiem, co pani zrobi. Za pozwoleniem... Czy ten kundys57 zawsze tyle zjada? Niech mu idzie na zdrowie, ale i pies powinien mieć odrobinę taktu i umiarkowania... Dziwaczna psina! Ale my już musimy iść, Ewuniu.

Powiedział ostatnie słowo tak tkliwie, tak serdecznie i ciepło, jakby je wymówił starszy brat do bardzo kochanej siostry. I po raz pierwszy powiedział: „Ewuniu”. Nie miał najmniejszego prawa do tej poufałości, a jednak brzmiało to tak naturalnie, jak gdyby inaczej mówić mu nie wypadało.

— Dokąd? — spytała dziewczyna z zapartym oddechem.

— Jak to „dokąd”? Do nas!

— Do nas?