— Oczywiście. Do mojej matki i jej syna, która mieszka razem ze swoją matką. Posłuchaj, kobieto, moja matka uwielbia pana doktora Tyszowskiego, jej syn znalazł na ulicy ukochaną córkę lekarza, która chciała jechać do ciotki, wobec czego moja matka zawoła: „Dobrze zrobiłeś, mój synu, że przyprowadziłeś córkę ojca, który ocalił twoją matkę!”. Może doda jeszcze jakieś ciepłe słowo na temat psa, ale na to zbytnio liczyć nie należy. Pani nie ma pojęcia, jak cudowną kobietą jest moja matka! Prawie przez lat trzydzieści ma przy sobie takiego ananasa jak ja i tylko odrobinę posiwiała. Nie ma rzeczy, której by mi odmówiła, co zresztą nie jest jedynie jej zaletą, gdyż ja potrafię wszystko wycyganić, co zechcę. Mieszkamy sobie razem w małym domku w okolicach ulicy Wawelskiej58 i jest nam tak dobrze, że czasem anioły zaglądają w lecie przez otwarte okna, bo myślą, że przez pomyłkę zaleciały do raju. Dopiero na widok mojej diabelskiej gęby cofają się w popłochu. Widzi pani, że nie będzie jej u nas źle. Posiedzisz, dziewczyno, dopóty, dopóki ojciec-dżuma nie powróci i wtedy oddamy mu córeczkę znacznie tłustszą, bo u nas się doskonale jada, i znacznie mądrzejszą, bo kto przebył czas jakiś w moim towarzystwie, nabiera niebywałej mądrości. Czemu się pani śmieje?
Ewcia śmiała się, ale dziwnie — z rozrzewnieniem. Słuchała radosnego hymnu na cześć matki, ułożonego wprawdzie oszalałym stylem, lecz pełnego nieprzebranej tkliwości, i serce w niej drżało. To ponad przyzwoitą miarę wyrośnięte malarzysko zmieniło się w serdecznego chłopca, kochającego wszystko, co jest jasne i uczciwe. O, jacy dziwni są ludzie... Od jednych uciekła, bo ściął ją wśród nich dotkliwy mróz oschłości; a na ulicy, przypadkiem, spotkała takiego, od którego bucha życzliwość i przyjazna, wzruszająca dobroć.
— Śmieję się — odpowiedziała Ewcia po chwili — bo panu się pali w głowie.
— Woda rzadko kiedy się pali! — zawołał malarz. — A poza tym, co to ma znaczyć?
— To, że się panu roją zabawne historie. Jakże pan może przyprowadzać do domu kogoś z ulicy i do tego, że tak powiem, na dłuższą wizytę, nie zapytawszy przedtem matki o pozwolenie?
Malarz przymrużył lewe oko jak ulicznik, niezmiernie czymś ubawiony.
— Proszę pani! — rzekł ze śmiechem. — Jednego razu wróciła moja złota matka do domu po dłuższej nieobecności. Patrzy, a przy stole siedzi trzech dzikich ludzi i pożera potrawy mocno tłuste i silnie korzenne. Ja wyszedłem po papierosy. Dżentelmeni, widząc dostojną osobę, zapytali gościnnie: „Może szanowna pani też coś przekąsi?”. „Z przyjemnością”, odrzekła dostojna osoba. A oni dalej: „A szanowna dama też nie ma mieszkania, że się zjawiła w tym wybornym hotelu?”. A dama na to: „Mam wprawdzie w tym domu miły pokoik, ale nie wiem, czy nie jest zajęty”. „A który to pokój”, pytają. „Na dole!”, odpowiada dama. „Wolny, wolny”, zakrzyknęli. „Jurek wszystkie pozwolił zająć, ale do tamtego nie wolno nawet wejść, bo to pokój pani mamy”. „W takim razie pójdę się tam przebrać po podróży”. Wtedy w nich trzasnął jasny piorun, bo zrozumiały buszmeny59, że to sama pani Zawidzka. Ale wkrótce przyszli do przytomności, zaczęli śpiewać: „Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam!” i chcieli moją rodzoną matkę podnosić do góry, lecz na szczęście wróciłem w sam czas. A mama mnie zwymyślała, że zostawiłem gości samych, a mogli czegoś potrzebować. Słyszy pani? Zostawiłem trzech malarzy samych, a oni — mili barankowie, dzieciaczki nieporadne — nie wiedzieli, co począć. A potem czyniła mi wyrzuty, że przytuliłem tylko trzech, bowiem znalazłoby się miejsce dla czwartego, bo gdyby go tylko dobrze wykąpać, mógłby w czasie jej nieobecności zamieszkać w jej pokoju.
— To nadzwyczajne! — zawołała Ewcia z entuzjazmem.
— To nic nadzwyczajnego. Moja matka wie, że biedny malarzyna też musi czasem pomieszkać. Powiadam pani, że moi koledzy tak ją kochają, jak tylko malarz potrafi. Rodzicielka ma ze sześćdziesiąt swoich portretów i na każdym jest coraz młodsza, a pod każdym mogłaby napisać, jak to uczynił jeden ojciec święty, co pod swoim kiepskim konterfektem skreślił słowa: „Nie bójcie się, to ja!”. Złoto moje kochane! I pani może przypuścić choćby na chwilę, że nie przytuli biednej dziewczyny, córki takiego człowieka... Co to? Łzy? O, niewieścia kreaturo! Proszę w tej chwili wytrzeć ten zadarty nos, bo będzie nieszczęście! I niech młoda osoba zbiera manatki. Bez żadnego gadania, bez łez, bez jęków i szlochów... Hej, kundlu, zbieraj się i ty! Niech pani patrzy, ten potwór jeszcze je. Dziwny pies... Chętnie bym go namalował, ale jako martwą naturę. Żywy jest okropny... Otarła pani nos?
— Już! Pan jest straszny...