— A właśnie że znalazłam! — zawołała Ewcia, grzebiąc w tobołku.
— Ten kundel musiał je po kryjomu podrzucić!
Rozdział piąty, w którym dzień szczęśliwy otrzymał cios w samo serce
Kobietą wielkiego ducha musiała być pani Klementyna Zawidzka, skoro nie spadła z krzesła, widząc powrót syna. Pani Zawidzka (lat nieco ponad pięćdziesiąt, wysoka, siwa, rysy jakby wyrzeźbione, twarz pogodna, oczy mądre, bystre, orzechowej barwy, o złotym połysku, odzienie czarne, bardzo skromne, lecz niezwykle wytworne), zawiadomiona, że jej pierworodny miał powrócić około szóstej rano, czekała nadaremnie ze śniadaniem. Dopiero po upływie dwóch godzin ujrzała dziwaczny pochód trzech bożych istot, a jedną z nich był niewątpliwie jej syn. Ponieważ mogło się zdarzyć, że wesoły ten i bujną wyobraźnią obdarzony młodzian mógł przyjechać równie dobrze na wielbłądzie i pomalowany na czarno, wobec tego bynajmniej nie zdumiał jej ten skromny orszak, na którego czele szedł raźnie i z miną tryumfalną. Natomiast podążająca za nim truchcikiem panienka miała wyraz twarzy żałosny i cokolwiek wystraszony.
„Mój syn miewa śmiałe pomysły”, pomyślała wytworna matka jedynaka malarza.
Dziki syn, ujrzawszy ją, uczynił trzy ogromne kroki i porwawszy wytworną matkę, uniósł ją w ramionach z krzesła i począł całować z taką radosną furią, jak gdyby jej nie widział przez lat siedem. Wyborna ta operacja, połączona z niebezpieczeństwem uduszenia wiotkiej damy, trwała długo i została przerwana jedynie dzięki gwałtownym jej zapowiedziom, że za chwilę jej oszalały syn zostanie sierotą. To go dopiero nieco zastanowiło, więc ze zgrabnością niedźwiedzia, co przed chwilą wyrwał drzewo z korzeniami, ustawił ją w przyrodzonej postawie na niewzruszonej ziemi.
Ewcia patrzyła na tę scenę z takim zachwytem, że z bladej jej i wymizerowanej twarzy zniknęła trwoga. Coś ją jednak po chwili musiało schwycić za gardło, bo zaledwie powstrzymała rwący się z jej piersi szloch. Byłoby się to stało niechybnie na widok tak miłowanej matki, gdyby jej nie przywołało do przytomności pytanie:
— Czemu się ze mną nie przywitasz, moje dziecko?
Głos, który zadał to pytanie, brzmiał głęboko, pełnią tej słodyczy, z jaką śpiewa wiolonczela, która swojego tonu nauczyła się od człowieka, co wiele przecierpiał.
Ewcia, spojrzawszy na twarz pani Zawidzkiej, dostrzegła uśmiech tak niewysłowionej dobroci, że bez namysłu rzuciła się do rąk tej kobiety, która, zanim zapytała, kim Ewcia jest i skąd przychodzi, pragnęła ją uścisnąć. Tak się jakoś stało, że całując jej dłonie, osunęła się na kolana. Niewątpliwie tak by postąpiła wobec własnej matki. Ręka pani Zawidzkiej pogładziła ją miękko po głowie, a potem matka malarza powiedziała: