— Tak nie można, tak nie można, dziewczyno...

Delikatnym ruchem pomogła Ewci podnieść się, objęła ją ramieniem i ucałowała.

— Deszcz będzie, bo się baby całują! — krzyknął malarz. — Dość tego! Matko wyrodnego syna, czy pragniesz wiedzieć, kim jest ta smarkata?

— Jerzy, czyś oszalał?

— To jest córka doktora Tyszowskiego!

— Nie może być? — zawołała z głęboką radością pani Zawidzka.

— I jak tu żyć, skoro rodzona matka nie wierzy własnemu synowi — rzekł malarz z czarną boleścią. — Niechżeż pani poświadczy!

— Tak jest — powiedziała nieśmiało Ewcia.

Pani Zawidzka przez długą chwilę przyglądała się dziewczynie z upodobaniem; potem rzekła:

— Po raz pierwszy przez długie lata zdarzyło się, by Jerzy uczynił coś rozsądnego i przyprowadził do domu kogoś podobnego do ludzi.