— Niezupełnie — zaśmiał się malarz. — Mama nie przyjrzała się jeszcze temu psu.

Kundel ustawił się jak do fotografii i wykrzywił złodziejski pysk.

— Och! — zaśmiała się pani Zawidzka. — Czy to jest naprawdę pies?

— Tak jest, proszę pani — odrzekła Ewcia, również z uśmiechem.

— Patrzcie, patrzcie! Przyroda ma znakomite poczucie humoru. Widziałam w moim życiu wiele psów, i najdziwaczniejszych psów, ale takiego psa pod psem jak ten pies jeszcze nie widziałam. Trzeba go będzie zaprowadzić do kuchni. A my może pójdziemy zjeść śniadanie.

Malarz oznajmił, że i on, i Ewcia „gwiżdżą na śniadanie”, albowiem przezornie już jedno zjedli, a do załatwienia są sprawy nierównie ważniejsze.

— Jeżeli mama — rzekł — pragnie spędzić kilka chwil na rozmowie z człowiekiem niepospolicie rozumnym i dowiedzieć się o niebywałych awanturach, niech przede wszystkim pomówi ze mną. A panna Ewa niech odetchnie tymczasem w mojej pracowni.

— Wszędzie, byle nie tam! — zawołała pani Zawidzka. — Tam są przecież twoje obrazy... Jeżeli ta dziewczyna ma poczucie dobrego smaku, na widok tych straszliwości wyskoczy przez okno.

— Nie byłoby to dzisiaj po raz pierwszy! — zaśmiał się Jerzy. — Niech pani w takim razie spocznie w tym pokoju, w którym wisi mój wizerunek. Panny powinny raczej włazić przez okna, aby spojrzeć chociaż przez krótką chwilę na moje promieniste oblicze; a nie wyskoczyłaby żadna. Pójdź, matko, albowiem, chociaż udajesz markizę, nie możesz ustać na nogach, tak cię pożera ciekawość. Panno Ewo? Niech pani zerwie trochę kwiatów, potem niech pani pójdzie przez hall na lewo i przystroi nimi mój wizerunek.

— Dobrze! — zaśmiała się dziewczyna.