— ...Zdołałam zrozumieć, że umieszczono cię dość nieszczęśliwie w smutnym albo też równie nieszczęśliwym domu. Sądząc z moich osobistych, chociaż krótkich, spostrzeżeń, nie jesteś lekkomyślna. Skoro aż uciekłaś z tego domu, to musiało ci być bardzo źle. Trudno. Stało się. Ojciec ma powrócić dopiero za kilka miesięcy. Tak?

— Tak. Za pół roku...

— Otóż to. Przez pół roku nie dasz sobie rady sama. Do Makowa czy gdzie tam jechać nie powinnaś, bo po wakacjach musisz pójść do szkoły. Przeto ja i mój syn uradziliśmy, abyś przez te pół roku do powrotu ojca zamieszkała u nas...

— O Boże! — szepnęła Ewcia, składając ręce.

— Miejsca jest dość. Nikomu przeszkadzać nie będziesz. Jeden jest tylko szkopuł. Pani... Pani... Jakże jej tam?

— Szymbartowa! — krzyknął Jerzy.

— Właśnie, właśnie... Pani Szymbartowa. Zostałaś jej powierzona i ona, będąc za ciebie odpowiedzialna, może się sprzeciwić naszym zamiarom. Może się też i zgodzić, co jest nawet bardzo prawdopodobne, ale musi zostać o wszystkim powiadomiona. Należy ją zresztą natychmiast uspokoić. Pani Szymbartowa znajduje się niewątpliwie w tej chwili w rozterce. Nietrudno jej było zapewne odgadnąć, że uciekłaś, lecz mogło ci się potem przydarzyć coś, co by nawet ją mogło pogrążyć w rozpaczy.

— Niebo zesłało mnie! — krzyknął Jerzy.

— Niebo zastanowiłoby się głęboko, zanim by tobie powierzyło jakąkolwiek misję. Siedź cicho i nie przerywaj! Otóż, moja Ewciu, wszystko dobrze, tylko z panią Szymbartową nie jest dobrze. Czy ta pani ma telefon?

— Nie ma. Pani Szymbartowa dzwoni ze sklepiku.