— Wobec tego ja natychmiast pójdę do niej sama — rzekła pani Zawidzka.
— Sama? Nigdy! — wołał Jerzy. — Pójdziesz ze mną, a ja pójdę ze strzelbą.
— Ty zostaniesz w domu i zajmiesz się Ewcią.
— Niech ona się mną zajmie, bo ja jestem mężczyzna! Nie umiem piastować dzieci.
Bardzo był uradowany, że się tak wszystko potoczyło. Cieszył się, że uwielbiana matka będzie miała choć przez kilka miesięcy przyjazną duszę w domu. Jego zazwyczaj nosiło po świecie, jak gdyby gonił za słońcem. Cieszył się też widoczną radością dziewczyny. Na twarzy jej ukazały się lekkie rumieńce od nadmiernych wzruszeń, a oczy błyszczały. Ucałowała ręce pani Zawidzkiej i chciała jej dziękować, ale nie mogła znaleźć słów.
— Pan ma cudowną matkę! — rzekła gorąco po wyjściu pani Zawidzkiej.
— To stąd pochodzi — odpowiedział Jerzy z powagą — że mama stara się mnie naśladować we wszystkim. Czemu się pani tak drwiąco uśmiecha? Zaczyna to być irytujące, że zawsze się wszyscy śmieją, kiedy mówię poważnie. Ale pani ma rację: moja matka jest morowa61!
— Mój ojciec też!
— To nie jest żadna sztuka, bo kto ma do czynienia z morem62 dżumy czy cholery, temu łatwo być „morowym”. Moja matka ma tylko jeden rodzaj epidemii, to znaczy mnie, ale już zdołała przywyknąć. Zobaczy pani jeszcze, co to za kobieta! Kiedy chciałem pójść do akademii malarskiej, w całej rodzinie zrobił się taki wrzask, jak gdybym był już z góry skazany na kryminał, a później na szubienicę. Miałem jedną ciotkę, która już jest w niebie, co na tę wiadomość zemdlała. A kiedy powróciła do przytomności, powiedziała uroczyście: „W rodzie naszym bywali senatorowie i biskupi, lecz nigdy nie było pijaka i przestępcy. Teraz będzie. Widać, że Bóg chce nas ukarać za jakieś ciężkie grzechy!”. Chciała mnie nawet przekląć...
— I co, i co?