— I nic. Były wielkie narady i sejmy. Niektórzy byli zdania, że skoro mam już umrzeć z głodu, lepiej by było, abym został nie malarzem, lecz literatem, bo atrament i papier tańsze są od farb i płótna. Mojej matce bardzo się wreszcie sprzykrzyło owo gadanie, zapytała przeto krótko:„Czyj to syn, mój czy wasz?”. „Na szczęście twój”, zakrzyknęły oburzone ciotki. „Wobec tego ja mu daję moje błogosławieństwo!”. A jednej, bardzo zawziętej, powiedziała: „Pana Boga cieszy więcej piękny obraz niż skwaśniała ludzka gęba!”.
— A co mówił ojciec pański?
— Mój ojciec dawno już nie żył... Poległ w dwudziestym roku.
— Och, nie wiedziałam...
— Miałem w tym czasie dopiero sześć lat. Mój ojciec kupiłby mi pierwszą paletę i pierwszy pędzel. Wspaniały to był człowiek! I jeszcze weselszy ode mnie!
— Czy to możliwe? Czy można być weselszym od pana?
— Można, bo ja jestem wesoły tylko w dni nieparzyste. Poza tym jestem smutny, gdy pada deszcz, zły jestem, gdy jestem głodny, a wyglądam jak dojrzały nieboszczyk, gdy jestem zakochany... A zresztą, co to obchodzi rozmaite niedowarzone osoby? Niech lepiej niedowarzona osoba obejrzy nasze mieszkanie, zanim mama wróci. Chodź, licha imitacjo kobiety, a wyborna podróbko podlotka! Czy pani wie, co mi przypomina podlotek?
— O, bardzo proszę!
— Młodszego legawca63. Zawsze mi się wydaje, że taki stwór ma za wiele nazbyt długich nóg i wciąż mu się to wszystko plącze.
— Jeżeli idzie o długie nogi, to pan mógłby stanąć jedną na lewym brzegu Wisły64, a drugą...