— Przestań, posępna kreaturo! — śmiał się Jerzy, ubawiony zadzierżystą65 miną Ewci.

Oprowadzał ją po niewielkiej, lecz uroczej willi, otoczonej ogródkiem, w którym czerwoną pychą pyszniły się róże. W oknach i na tarasie płonęły żywym ogniem płomyki pelargonii. Cicho było w tym domu i przytulnie. Na pierwszy rzut oka mogło się zdawać, że jest to mieszkanie ludzi zamożnych, pędzących tu życie pogodne i beztroskie; jednak ktoś bystro patrzący mógłby zauważyć, że wnętrze domu sprawia wrażenie dogasającej, minionej świetności. Sprzęty mają swoją rasę: są albo szlachetnego pochodzenia ze ślicznym znamieniem dawności, albo pospolite, fabrykowane z pośpiechem, klecone bez tej czułości, z jaką wyrabiał sprzęt dawny mistrz, rozmiłowany w swym rzemiośle. W willi Zawidzkich więcej było sprzętów bez rasy — błyszczących wprawdzie, lecz nowoczesnym szychem66, wygładzonych maszyną. Jedynie tu i ówdzie stał na honorowym miejscu mebel wysokiej klasy, o liniach prześlicznych, o zarysie pełnym niewypowiedzianego wdzięku. Najbardziej pyszniła się szeroko i wygodnie rozparta szafa gdańska — rozłożysta, lśniąca przyćmionym blaskiem, opatrzona kutym, wielkim żelaznym zamkiem, w którym tkwił klucz potężny. Prześliczna staruszka, najmniej dwieście lat licząca, przeznaczona do przechowywania rzeczy cennych, sama była skarbem; w jej pobliżu rozkraczył się stół „niskiego” pochodzenia i pospólstwo krzeseł z fałszywego mahoniu. Towarzystwo było niedobrane i nie było wśród niego zgody. Tu i ówdzie błysnął jakiś drobiazg cenny i przedziwnie piękny, jakaś upadła gwiazda, co z nieba świetności dostała się na niziny pospolitości: mała skrzyneczka z okuciami z brązu, zegar — cacko niezrównane ze słynnej epoki, dzisiaj oniemiały i bez wskazówek, jak gdyby czas pożarł własne, śliczne dziecko.

Jakaś dawno miniona świetność, ocalona z pogromu, wyrwana ze zniszczenia, tułała się tutaj, skazana na współżycie z czymś, co jeszcze nie było tandetą, lecz się nią przecież stanie, skoro tylko pracowita i baczna ręka przestanie to gładzić i czyścić, i dodawać temu blasku. Podrabianie dobrego smaku i prestiżu byłoby się temu zbiorowisku łatwiej udawało w mroku, dom jednak był jasny i pełno w mim było słońca — widać było, że pani Zawidzka stara się uczynić wszystko, by zatrzeć zbyt dotkliwe różnice między czcigodną, w pięknie rozkochaną dawnością i nowoczesnością zuchwałą, byle jaką i nieukrywającą swego mizernego pochodzenia. Z niezrównanym smutkiem próbowała odsłonić w starzyźnie to, co w niej było piękne, a we wszystkim nowym zakryć to, co pospolite. Śliczne koronki i subtelne hafty stroiły sprzęty smętne i tanie. Mnóstwo kwiatów wołało spojrzenie ku sobie, aby nie powędrowało gdzie indziej.

Ewci podobało się wszystko, nawet stół z fałszywego mahoniu, który jej się wydał meblem królewskim wobec stołu w pracowni jej ojca. Z owego stołu nie wolno było nigdy zabrać najdrobniejszej rzeczy, stał się przeto po latach zbiorowiskiem papierów, książek, probówek, pudełek i pudełeczek, flaszek i flaszeczek, stosów listów i starych gazet. Geolog, wnioskując z pokładów tego obfitego śmietnika, mógł łatwo odczytać jego wiek — jak wiek Ziemi. Jedno tylko Ewcię zdziwiło: Jerzy, wodząc ją po wszystkich pokojach, przystawał i głośne wydawał okrzyki, wskazując jej rozsiadłą szafę, zegar i jakiś fotel dziwnego kształtu, bez słowa zaś mijał czeredę innych sprzętów. Na te starożytności patrzył jakby z rozczuleniem. Pogładził lśniącą gorącym blaskiem szafę i rzekł cicho:

— Moja matka dostała ją w wyprawie ślubnej... A przedtem dostała ją moja babka... A przed babką... Chodźmy na górę! — rzekł niespodziewanie. — Ale, ale... Czy Ewcia jest gotowa na śmierć?

— Na śmierć? Czemu?

— Bo teraz pójdziemy do mojej pracowni. Ha! Zdarzało się czasem, że człowiek, który tam wszedł niespodzianie, dostawał pomieszania zmysłów najmniej na trzy dni. Nieboszczka ciotka, ta, która mi przepowiedziała niesławny koniec w kryminale, krzyknęła i spadła ze schodów. Pani się nie boi?

— Nic a nic! — zaśmiała się Ewcia.

— Ależ tam są moje obrazy!

— Tym chętniej tam pójdę.