— Dziewczyno! — mówił Jerzy ponuro. — Wszelka odwaga ma swoje granice. Czy pani wie, dlaczego dookoła nas, wzdłuż całej ulicy, różne opryszki kradną róże, a u nas nigdy?

— Bo zapewne w ogrodzie jest pies!

— Nie ma żadnego psa. Natomiast moja genialna matka wpadła na genialny pomysł i na cały dzień wystawia w ogrodzie dwa albo trzy moje obrazy. Złodziej przełazi przez ogrodzenie, spojrzy i jakby w niego piorun trzasnął. Potem ucieka, nie mogąc znieść przeraźliwego widoku. W nocy jest gorzej, bo obrazu nie widać i wtedy ja czasem wychodzę do ogrodu i muszę szczekać rozmaitymi głosami.

— O, jaki pan jest zabawny! — śmiała się Ewcia. — Chodźmy czym prędzej do pracowni.

— Dobrze, ale proszę pamiętać, że panią ostrzegłem i jeśli pani postrada zmysły, będzie się pani musiała leczyć na koszt własny. Proszę uważać, bo tu schody są tak strome jak drabina Jakuba67, co wiodła do nieba. Raz zaprosiłem do mojej pracowni jednego straszliwego krytyka, który o mnie napisał, że gdyby krowa malowała ogonem, byłaby przy mnie Rafaelem68. Krytyk był krótkowidzem, więc miałem nadzieję, że na tych schodach zrobi sobie jakąś krzywdę. I nic sobie nie zrobił! Potem napisał, że niebacznie obraził nie mnie, lecz krowę, która jest zwierzęciem dobrotliwym i nikomu nie czyni krzywdy malowaniem. Tutaj jest moja pracownia...

Jerzy bredził bardzo wesoło, lecz Ewci wydawało się, że czyni to z przymusem. Spojrzała na niego ukradkiem i zauważyła z największym zdumieniem, że jest jakby wzruszony. Długo szukał klucza, a gdy wkładał go w otwór drzwi, ręce mu nieco drżały. Po jasnej jego twarzy przebiegła smuga cienia i powlokła ją powagą. Otworzył drzwi bardzo powoli, jakby z namysłem, i rzekł cicho:

— Proszę, niech Ewcia wejdzie...

Ewcia poczuła się dziwnie; odniosła niespodziane wrażenie, że to zgoła inny człowiek. Wesołość jego zgasła jak nagle zdmuchnięta lampa, ściszył mowę, jak gdyby jej wysokie, rozgłośne tony stłumił surdyną69. Hałaśliwy przed chwilą i mocno stąpający, wchodził do pracowni bezszelestnie. I jej się udzielił ten nastrój. Nie widziała nigdy w życiu malarskiej pracowni. Pewnie i tu, pod opieką pani Zawidzkiej, jest tak czysto, że się wszystko szkli i błyszczy, a na stoliku goreją róże.

Gdy weszła, przystanęła zdumiona — od razu stanęła jej przed oczami pracownia ojca, z całym obłąkanym nieładem. Pomieszczenie było niewielkie, a jedną całą ścianę miało ze szkła, tak zaś było zatłoczone, że trudno się w nim było poruszać. Na honorowym miejscu sterczała zabrudzona paka, a na niej rozkraczony fotel. Na ścianach obrazy bez ram, krzywo zawieszone, pod ścianami dziesiątki obszarów, które przyjęły jako hasło zawołanie: „Frontem do ściany!”. Ostra woń farb, oleju i terpentyny przesyciła powietrze.

— Śliczna pracownia, nieprawda? — rzekł cicho malarz.