Ewcia, pomyślawszy, że ten człowiek kpi albo pyta o drogę do zakładu obłąkanych, spojrzała na niego szybko, lecz ujrzawszy na jego twarzy szczęśliwy uśmiech cichego zachwytu, pojęła, że nigdy nie mówił poważniej.
— Trochę tu jakoś... — mówiła niepewnie. — Trochę nieporządku...
— A ja bym tego śmietnika — odrzekł on z roztkliwieniem — nie oddał za wszystkie pałace świata.
— A może by okno... Może by otworzyć...
— Po co?
— Bo tu czuć terpentynę.
— No to co? Róże nie pachną piękniej...
Mówiąc to, zaśmiał się niskim, bulgocącym śmiechem, najwyraźniej szczęśliwy.
— A matka pańska pozwala, aby tu tak jakoś...
— Moja matka wie przecież, że jestem malarzem.