— A czy u każdego malarza jest tak jak tu?

— Broń Boże! Niektórzy malarze mają pracownie świetniejsze niż najbardziej eleganckie salony. Ja jednak jestem na dorobku. Muszę najpierw nauczyć się malować, a potem dopiero...

— A czy pan mi pokaże swoje obrazy?

Zuchwały dryblas, co ją gonił dzisiejszego ranka jak ogar zająca, miał w tej chwili minę nieśmiałej panienki. Wprawdzie gdyby jakakolwiek panienka miała jego wzrost i nogi, i jego oszalałą czuprynę, powiesiłaby się czym prędzej na wysokim drzewie z rozpaczy i wstydu, lecz każda — najpiękniejsza nawet — panienka pożyczyłaby od niego na wielkie występy ten uroczy uśmiech, na poły nieśmiały, na poły niewinny, i ten lekki rumieniec, co zabarwił jego twarz.

— Jeśli pani to zniesie... — rzekł ściszonym głosem. — Niech się Ewcia wygramoli na tę pakę po mydle i usiądzie w fotelu. Tylko proszę się bardzo nie wiercić, gdyż podstawa jest chwiejna i grozi skręceniem karku. Sędzia Heli70 w Starym Testamencie też zleciał tylko z krzesła i wyzionął ducha. Już?

— Już!

Malarz był wyraźnie poruszony. Znowu zaczął nadrabiać humorem, lecz widać było, że jest przejęty; wprawdzie na pace siedział tylko podlotek z zadartym nosem, znający się na malarstwie tyle co przysłowiowa kura na pieprzu (czego już nie można powiedzieć o indykach, które przemyślni ludzie leczą masłem pomieszanym z pieprzem), lecz malarzowi było wszystko jedno. Każdy widz byłby go napełnił niezrozumiałą trwogą Wyszukał pod ścianą jakieś płótno i ustawił w świetle.

— Boże, jakie to śliczne! — wykrzyknęła Ewcia.

Na płótnie namalowana była jedna jedyna gałąź brzozy, skręcona jakby w bólu. Wichry zapewne taki nadały jej kształt, że przypominała ramię formingi71, a długie gałązki spływały ku dołowi jak struny. Listki zaznaczone były delikatnie, jakby tylko muśnięciem. Całe płótno było srebrzyste, jak gdyby światło z niewidzialnego lało się księżyca. Niewysłowiona subtelność tego obrazu przypominała zamglone, niczym wiotkimi mgłami powleczone, obrazy japońskie. Jedna gałąź stała się malowanym poematem.

— Naprawdę? — zapytał cicho Jerzy.