— O, naprawdę! — powtórzyła dziewczyna z taką nieobłudną szczerością w zachwyconym wykrzykniku, że się malarz zarumienił.

Spoglądał na swój obraz przez dłuższą chwilę i ustawił go potem pod ścianą z cichym westchnieniem. Teraz już się nie ociągał i nie czynił gadanych wstępów. W milczeniu, poważnym i skupionym, wybierał ze sterty płócien te, które mu się wydały godnymi „publicznego” pokazu. Wypatrzywszy w ścianie potężny hak, zawieszał na nim obrazy, jeden po drugim. Za każdym razem Ewcia pokrzykiwała, gorąco sławiąc wschody i zachody, góry, lasy i wodę. Na widok obrazu, przez który przepływały ogromne, nabrzmiałe, białe, wysokie, letnie chmury, taki w niej rozgorzał zachwyt, że zatrząsł nią, ona zatrzęsła fotelem, a fotel — paką po mydle. Malarz jednak tak był przejęty, że najmniejszej na to nie zwrócił uwagi, jak gdyby zapomniał, że w pracowni jest jeszcze ktoś prócz niego, chmur i słońca. On sam nie oglądał tych obrazów już od dawna, więc sobie przypominał, kiedy i jak je malował. Ewcia, widząc, że malarz zaczyna gadać o czymś sam do siebie, ucichła i patrzyła w oszołomionym zdumieniu na to kolorowe bogactwo. Jedynym świetnym obrazem, jaki widziała w niedawnym czasie, było malowidło w domu pani Szymbartowej, wyobrażające bardzo czerwony, sosnowy las, po którym przechadzały się sarny, serdecznie zdumione widokiem ogromnych jak damskie kapelusze, nakrapianych muchomorów. Sarny miały bardzo wyłupiaste ślepia, a drzewa rosły tak przedziwnie, że perspektywa lasu była — wedle pewnego wybornego określenia — „perspektywą biblijną”, gdyż pierwsze były ostatnimi, a ostatnie pierwszymi. Teraz zaczęły przed jej zdumionymi oczami kłębić się tęcze, perliły się świty i czerwieniły się zachody. Malarz coraz więcej pokazywał obrazów. Ten i ów ocierał z kurzu rękawem lub też przyglądał mu się z niechęcią; niektóre ciskał z niecierpliwą pasją pod ścianę.

Pokaz trwał już chyba całą godzinę. Ewci zaczęło się zdawać, że mała pracowienka zarosła lasem, a pod pułapem kłębią się chmury. Kolory zaczęły krążyć przed jej oczami i wirować, omiotły ją i owinęły jak wstęgi. W pracowni było gorąco i duszno, a od obrazów, napojonych słońcem, zdawało się przybywać ciepła. Jerzy, widać, wcale tego nie odczuwał, bo otarłszy pot z czoła, począł grzebać w nowej stercie. Odrzucił trzy obrazy, wzruszywszy przy tym ramionami, lecz w pewnej chwili twarz mu się rozjaśniła. Dźwignął wielkie płótno i z nie byle jakim trudem zawiesił je na haku.

— Niech Ewcia patrzy! — rzekł z dumą.

Ponieważ Ewcia nie odpowiedziała na wezwanie cienkim okrzykiem grubego zachwytu, Jerzy spojrzał w jej stronę, przez krótką chwilę żywiąc nadzieję, że oszałamiająca piękność jego obrazu odjęła dziewczynie głos albo może niebotyczny swój zachwyt wykrzykuje rękami.

Ewcia spała.

Oparła głowinę o grzbiet fotela i zapadła w sen jak w głęboką wodę. Oddychała spokojnie i równo.

Malarzem w pierwszej chwili zatrzęsło oburzenie, było bowiem wielce prawdopodobne, że dziewczyna śpi już od dłuższego czasu, podczas kiedy on pokazywał jej dziesiątki płócien. Patrzył na nią zagniewany, lecz powoli twarz mu się rozjaśniła. Pomyślał dobrotliwie, że ten berbeć72 przeżył tyle niezwykłych zdarzeń i tak się pewnie umęczył, iż dzielny jej duch musiał w niej wreszcie opaść jak żagiel bez wiatru. A on wpadł na pomysł, aby pokazywać obrazy?

— Koń by nie wytrzymał, cóż dopiero takie damskie chuchro! — rzekł sam do siebie całkiem rozumnie.

Ostrożnie, aby nie czynić hałasu, postawił obraz pod ścianą i wyszedł na palcach z pracowni.