— Dziękuję... Byłam bardzo zmęczona.

— Nie martw się, moje dziecko — wtrąciła pani Zawidzka. — Trzeba takiego barbarzyńcy, jakim jest Jerzy, aby do twoich zmartwień dodawać jeszcze jedno, i to najgorszego gatunku.

— Matko! — zawył Jerzy. — Syn twój cierpi!

— Niech cierpi, skoro jest pomylony. Słuchaj no, Ewciu, rozmówiłam się z panią Szymbartową. Usiądź i posłuchaj. Pani Szymbartowa jest kobietą popędliwą, ale to nieszczęśliwa istota. Zgryzoty wytrąciły ją cokolwiek z równowagi. Jej córka jest mocno chora, a matka zamiast ją uczciwie leczyć, na najdziwniejsze wpada pomysły. Wiesz zresztą sama o tym. Biedna kobieta, ale jeszcze biedniejsza jest jej córka.

— Czy pani ją widziała? — zapytała Ewcia z pośpiechem.

— Tak, widziałam. Płakać mi się chciało, ale nawet na to nie było dość czasu, bo pani Szymbartowa płakała... Z twojego powodu!

— Czemu, proszę pani? — pytała Ewcia z przestrachem.

— Z powodu twojej rzekomej niewdzięczności. Twierdziła, że było ci u niej jak u rodzonej matki.

— Dobra mamusia! — mruknął Jerzy.

— Stanęło wreszcie na tym, że pozostaniesz u nas, ale na jakiś tydzień przed powrotem ojca wrócisz do pani Szymbartowej.