— Przez czyściec wejdziesz do nieba! — mruknął Jerzy. — Zresztą odrobina smoły takiemu diablęciu nie zawadzi.

— Jerzy, nie przeszkadzaj. Myślę, moje dziecko, że na to trzeba się będzie zgodzić. Co to jeszcze? Aha! Listy do ciebie będą w dalszym ciągu przychodziły do pani Szymbartowej, a jej mąż będzie je tu dostarczał. Twoje rzeczy też ci tutaj odniosą. Pozostała poza tym do rozwikłania sprawa najdrażliwsza: kwestia pieniędzy. Twój ojciec zapłacił z góry za twoje utrzymanie...

— Taki mądry człowiek, a tak lekkomyślny! — krzyknął Jerzy.

— Otóż pani Szymbartowa nie może ci zwrócić tych pieniędzy, chociażby nawet chciała, bo już ich nie ma. Trudno! Nie należy się tym przejmować. Podzielimy się z tobą, drogie dziecko, tym, co mamy, a z ojcem jakoś się potem porachujemy.

— Dla kilku krytyków potrzebować będę trochę cholery — mruczał Jerzy. — Myślę, że mi szlachetny rodzic nie odmówi.

Pani Zawidzka machnęła w stronę niesfornego syna ręką, jak gdyby odpędzała muchę.

— Uważamy przeto całą sprawę za skończoną. Ach, jeszcze tylko.... Moje dziecko! Myślę, że mimo nieporozumień z panią Szymbartową powinnaś jednak od czasu do czasu odwiedzić jej biedną córkę. To naprawdę nieszczęśliwe stworzenie.

— Najchętniej, proszę pani! Będę udawała jak gdyby nigdy nic.

— Doskonale! Wiedziałam, że tak odpowiesz. Jestem bardzo, bardzo zadowolona. A teraz chodźmy na obiad.

Przedtem jednak Ewcia rzuciła się na szyję pani Zawidzkiej.